Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

11 grudnia 2017

Zmierzchło się 04


Bo ważna jest bateria…

Jesteśmy zatem gotowi. Mamy już potrzebny sprzęt lub wiemy, jak sobie poradzić, gdy brak nam tego i owego. Odpowiednio się ubraliśmy i zadbaliśmy o to, by niczego nam nie zabrakło na nocnej wyprawie. Czas przejść do samej techniki fotografowania.

Jak już wspominałem, w fotografii nocnej używamy możliwie najniższego ISO. Najniższej dostępnej czułości naszej matrycy. Pozwoli nam to uzyskać jak najwięcej detali. Oczywiście kosztem wydłużenia samej ekspozycji. Matryce jako elementy elektroniczne mają to do siebie, że z czasem się nagrzewają. I mają swoje wady. Przy bardzo długich czasach naświetlania może się okazać, że będziemy musieli dodatkowo wykonać na tych samych parametrach naświetlania tzw. czarną klatkę. Jest to dodatkowe zdjęcie, tyle że przy opuszczonym lustrze. Potem, w Photoshopie możemy oba zdjęcia połączyć i wykluczyć z naszej podstawowej klatce wykluczyć błędy tzw. gorących pikseli. O proszę, i tu okazuje się, jak bardzo ważne jest posiadanie sprawnych, naładowanych baterii. Jeśli zdjęcie naświetlaliśmy przez dwie godziny, pustą klatkę też musimy naświetlać przez kolejne dwie godziny. A bateria się zużywa, oj zużywa… Może się nawet okazać, że przy odpowiednio długich czasach nasz aparat będzie musiał być powiększony o tzw. grip z dodatkową baterią. Grip pozwala dodać drugą baterię lub zamiennik w postaci akumulatorków AA do naszego aparatu. Dzięki temu starczy nam mocy na dłużej. Grip zużywa baterie albo jedna po drugiej, albo wyczerpuje je równolegle, obie naraz. Dodatkowo daje dodatkowy solidny uchwyt, gdy zmieniamy pozycję aparatu z poziomej na pionową. Jest to dodatkowy ciężar, który będzie na naszym statywie zamontowany… Musimy mieć pewność, że zarówno aparat, jak i statyw ów ciężar będą w stanie utrzymać. Inaczej grozi nam poważna katastrofa, która może skończyć się nawet zniszczeniem obiektywu lub/i samego aparatu.

A co z obiektywem?

Co do samych obiektywów, najlepiej sprawdzają się w fotografii nocnej szkła stałoogniskowe. Nie oznacza to, że nie możemy używać zoomów. Nie muszą to także być szkła jasne. I tak przymkniemy je do wartości z przedziału f8 – f11 – f16. To właśnie takie przesłony, przy zastosowaniu tzw. hiperfokalnej pozwalają uzyskać dużą głębię ostrości od możliwie najbliższego planu po samą nieskończoność. Dobrze się też tutaj sprawdzą obiektywy manualne. Np. stare obiektywy na gwint M42. Podpina się je poprzez odpowiednie przejściówki. I tutaj uwaga, o ile nie jest to problemem w Pentaxie, o tyle w innych systemach nie wszystkie przejściówki pozwalają ostrzyć na nieskończoność. Warto o tym pamiętać przy ich zakupie. Same szkła stałoogniskowe z systemu M42 można stosunkowo niedrogo zakupić na różnych giełdach. Przejściówki też nie są drogie. Co do samych ogniskowych, każdy musi sam dojść do tego, co mu odpowiada, a co nie. Ja osobiście używam od jakiegoś czasu szerokokątnego rybiego oka, mającego kąt widzenia rzędu 180°. Nie jest to łatwe szkło i wciąż się go uczę. Zarówno jego zalet, jak i wad oraz takiego użytkowania, aby dawało się uzyskiwać ciekawe kompozycje. Przy takich szkłach jest to ostatnie bardzo trudne. Obiektyw ten bardzo dobrze sprawdza mi się na urbeksie, gdzie często mam do czynienia z wąskimi korytarzami i niewielkimi pomieszczeniami, które tylko tym szkłem udaje się objąć całościowo. Inaczej musiałbym panoramować i składać zdjęcia z kilku klatek. W rybim oku po prostu widać więcej. Jest to trudne do opanowani szkiełko i wciąż się go uczę. Ale daje ciekawe obrazy. Obrazy, które mnie się podobają i które wiele potrafią opowiedzieć, jeśli tylko się uda dobrze skomponować kadr.

Czasami warto zastosować nieco węższe szkła. Takie, które pozwolą założyć filtry fotograficzne. Szczególnie połówkowe, prostokątne z systemu Cookin lub alternatywnych (zazwyczaj droższych, ale znacząco lepszych). Po co nam nocą filtry? Szczególnie filtry połówkowe. Otóż czasami mamy zbyt wielką rozpiętość tonalną między cieniami a światłami. Aparat zazwyczaj radzi sobie z rozpiętością 10EV, potem albo tracimy cienie, albo prześwietlamy światła. Umiejętne założenie filtra połówkowego pozwala nam przyciemnić tak światła, byśmy mogli jak najwięcej z nich wyciągnąć na naszym zdjęciu. Alternatywną techniką może być HDR, ale i on nie ze wszystkim sobie poradzi nie mówiąc już o tym, że zdjęć musimy wykonać kilka, i to z różnymi czasami. Potrwa to długo, bardzo długo i zajmie od 3 do 5 klatek minimum. Lub chociaż dwie – jedna naświetlana na cienie, druga na światła. A potem jeszcze obróbka w Lightroomie lub innym programie obsługującym technikę HDR.

Obiektyw Samyanga 8mm obsługujemy manualnie. Ustawiamy sobie ostrość, przesłonę i potem już zasadniczo tego nie zmieniamy. Co najwyżej przesłonę. Wyłączamy autofokus (przy plenerach i tak nie jest nam potrzebny w szkłach automatycznych, a może nawet przeszkodzić, jeśli aparat przeostrzyć nam na coś, na co my wcale ostrzyć nie chcemy) i używamy aparat i obiektyw w konfiguracji manualnej. Jeśli światła jest dość dużo, możemy nadal korzystać z programów automatycznych, np. z przesłony, gdzie ustawiamy przesłonę dla danego ISO i aparat sam dobiera sobie czas naświetlania. Większość aparatów obsługuje czasy do 30 sekund. Nieliczne korpusy pozwalają korzystać z czasu naświetlania rzędu 60 sek., co jest czasem naprawdę przyzwoitym i żałuję, że nie mam takiego zakresu u mnie. Jeśli musimy zastosować dłuższe ekspozycje, zmuszeni jesteśmy do korzystania z trybu Bulb. Oznaczony jest ona na pokrętle aparatu literką „B”. Tryb ten pozwala nam dowolnie długo trzymać lustro podniesione i otwartą migawkę w aparacie. Do czasu w każdym bądź razie, aż uznamy, że zdjęcie jest już naświetlone wystarczająco dobrze lub… aż wyczerpiemy baterię i aparat sam zakończy naświetlanie.

Długo, jeszcze dłużej – jak to policzyć?

Tryb bulb wymaga ręcznego przeliczenia czasu naświetlania. O co chodzi? Dajmy na to mamy przesłonę f8, ISO 100 i w trybie automatycznym aparat pokazuje nam, ze naświetlanie winno być dłuższe niż 30 sek. Ale o ile dłuższe? Jakoś to musimy sobie zmierzyć. Na początek spróbujmy sobie zmniejszyć przesłonę. Przesłona o jeden stopień mniejsza (1 EV) to f5,6. Aparat pokazuje nam – powiedzmy – że nadal czas jest zbyt długi. Kolejna przesłona w dół o kolejne -1 EV to f4. Powiedzmy, że aparat pokazuje nam, że to wystarcza i że czas wyniesie nam 30 sekund dla tej przesłony. Ale dla nas przesłona o wartości f4 to za mało, byśmy uzyskali zdjęcie o pełnej gamie ostrości aż po nieskończoność. Jak to sobie przeliczyć ręcznie? Bardzo prosto. Nasza przesłona jest mniejsza od wymaganej o pełne 2 EV. Znaczy to, że musimy nasz czas dwukrotnie podwoić. 30 sekund przy f4 to 60 sekund przy f5,6. A to oznacza, ze przy f8 będzie to aż 120 sekund naświetlania.

Ustawiamy aparat w trybie Bulb i wciskamy spust migawki. Jednocześnie uruchamiamy stoper i odliczamy czas. Gdy czas dobiegnie do zera na naszym trajmerze (lub do 120 sekund w przypadku stopera), ponownie wciskamy spust migawki. Aparat teraz zamyka migawkę i opuszcza lustro. Zdjęcie zostało wykonane. Wężyk spustowy ma taką opcję, że wciskamy na nim spust migawki jednocześnie przesuwając go do góry. W tej pozycji zostaje on zablokowany do czasu aż ręcznie go opuścimy z powrotem do pozycji wyjściowej. Pilot radiowy czy na podczerwień podobnie jak spust na aparacie wymaga dwukrotnego kliknięcia. Pierwsze podnosi lustro i otwiera migawkę , a drugie ją zamyka i lustro opuszcza kończąc proces naświetlania matrycy. Póki co takiego pilota nie mam, ale zastanawiam się nad jego kupnem w dłuższej perspektywie. Bo rzecz jest wygodna.

Co jednak, gdy czas nadal jest zbyt długi, a przesłona f4 jest naszą ostatnią wartością. Większej już nie mamy. Wówczas trzeba wesprzeć się podnoszeniem wartości ISO – czułości matrycy. Zmiana przesłony z f8 na f4 dała nam 2 EV. Teraz zmieniamy ISO – 200, 400, 800, 1600, 3200, 6400, 12800, 25600, 51200. W sumie zmieniliśmy czułość o 9EV. Razem daje nam to aż 11 EV. Przy ISO 100 i f4 mieliśmy czas 30 sekund, co oznacza, ze dla ISO 100 i f8 uzyskaliśmy czas 2 minut. Gdyby 30 sekund wystarczało przy ISO 200, czas naświetlania wzrósłby do 4 minut. Ale myśmy uzyskali ISO 51200. A to da naprawdę długie naświetlanie jednego zdjęcia!

Przeliczmy ISO 200 = 4 min; ISO 400 = 8 min; ISO 800 = 16 min; ISO 1600 = 32 min; ISO 3200 = 1 h 4 min; ISO 6400 = 2 h 8 min; ISO 12800 = 4 h 16 min; ISO 25600 = 8 h 32 min; i w końcu ISO 51200 = 17 h!!!

Dla ciekawostki dodam, że gdybyśmy jeszcze dodali przed obiektyw filtr szary pełny o wartości ND 64, nasz czas wzrósłby o kilka dodatkowych EV (konkretnie 6 EV) i wynosił teraz 1092 h (45 dni i 12 godzin!!!). To by było chyba potrzebne w pochmurną noc polarną…

Miast męczyć się z ręcznym przeliczaniem, lepiej posłużyć się stosowną aplikacją w smartfonie lub tablecie. Szczególnie, kiedy przeliczać będziemy skoki EV o ½ lub 1/3. No i aplikacja sama nam przypomni, że czas zakończyć robienie zdjęcia. Aplikacji takich na telefon jest wiele i każdy może dobrać sobie coś, co będzie mu najlepiej odpowiadać. Ja używam Exposure Calkulator. Prosty, darmowy i bardzo wygodny.

Przydatne oprogramowanie

A skoro mowa już o potrzebnych lub przynajmniej bardzo przydatnych programach, to warto mieć w telefonie jeszcze program pokazujący nam aktualną i spodziewaną pogodę w danym miejscu. Osobiście używam AccuWeather. Im więcej danych pogodowych program nam podaje, tym lepiej. Szczególnie cenne są informacje o sile wiatru, o spodziewanych deszczach, spodziewanych mgłach, szronie, opadach śniegu i szadzi. Fotografia lubi nietypowe warunki atmosferyczne i nabiera dramatyzmu przy niesprzyjającej tak na co dzień dla nas pogodzie. Im trudniejsza pogoda, tym ciekawsze może być światło.

Do obliczania hiperfokalnej używam DOF Calkulator. Pokazuje nam na jaką odległość ustawić ostrość, by zdjęcie było ostre do nieskończoności przy możliwie najbliższym ostrym planie dla danego obiektywu i zadanej przesłony. Czasem potrzebujemy ograniczyć ostrość, a czasem mieć jak największą jej rozpiętość. Możemy sobie sprawdzić, przy jakiej przesłonie dany obiekt i jego tło pozostaną nadal ostre w całej rozciągłości, a poniżej której stracimy już ostrość tła.

Kolejny bardzo pomocny program to LunaSolCal. Mówi on nam o tym, o której wstanie słonce, od kiedy i jak długo trwać będzie rano i wieczorem tzw. niebieska i złota godzina – tak bardzo pożądana w fotografii krajobrazowej. Podaje także czas wschodu i zachodu księżyca, jego fazę i położenie na niebie o danej godzinie. Pozwala to zaplanować wyprawę, jeśli chcemy w jakimś miejscu fotografować o wschodzie lub zachodzie. Łatwo sobie przeliczyć czas potrzebny na dotarcie i moment wyruszenia z domu, aby się nie spóźnić.

Inny to Exsate Golden Hour, który dodatkowo podaje pogodę oraz nanosi drogę słońca na mapę miejsca w którym się akurat znajdujemy. Dzięki temu wiemy, gdzie wzejdzie, gdzie zajdzie i jak ułożą się nam cienie w danym momencie. Rzecz bardzo przydatna.

Dodatkowo używam programu  Navime Sport do zapisu ścieżki GPS wraz z szerokim spektrum parametrów oraz GPS Averaging („stabilizuje” sygnał, który rzadziej się gubi) do programowego wspomagania działania GPS w telefonie. Trochę zachodu wymaga potem przeniesienie danych GPS z takiego logu do samych fotografii. Jest do tego darmowe oprogramowanie, które jak się już opanuje, daje się to w miarę łatwo obsłużyć. Kiedyś może opowiem o tym więcej.

Do poruszania się w nieznanym terenie używam poza mapami Google także mapami offline OsmAnd+. Wszystkie te programy bardzo ułatwiają życie i pozwalają bardzo dobrze zaplanować trasę oraz przewidzieć, jak dana sesja może wyglądać. OsmAnd korzysta z darmowych map, które nieustannie są aktualizowane. Można sobie załadować tylko te części mapy, które aktualnie są nam potrzebne, nie obciążając niepotrzebnie pamięci telefonu czy tabletu. Można też oglądać mapy z różnymi nakładkami – wówczas potrzebujemy łączności GSM do ściągania na bieżąco potrzebnych nam fragmentów mapy. Istnieje też poszerzona, płatna wersja tego programu. Stosunkowo niedroga. Program doskonale sprawdza się jako nawigacja rowerowa lub piesza poza komunikacją samochodową. Korzysta z ogromnej bazy POI, które można sobie filtrować wedle różnych potrzebnych nam kluczy. Także pozwala zapisywać na bieżąco ślad GPS w trakcie podróży.

Wszystko to żre oczywiście prąd z baterii, szczególnie czujnik GPS, więc albo zapasówka w kieszeni albo Powerbank do podładowania, gdy stan baterii zejdzie zbyt nisko. Swoją drogą szkoda, że nie można sobie podładowywać w takim Powerbanku baterii dedykowanych do aparatów.

Zapraszam: http://foto-po-zmierzchu.blogspot.com/

Poznań, 2016.11.04
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , ,

8 komentarzy “Zmierzchło się 04”

  1. Ja-robot
    30 listopada 2016 at 07:23

    Ciekawe. A jaki sprzęt autor by polecił dla początkującego ojca z 2 ką dzieci które chce obfotografować?

    • krzyk58
      30 listopada 2016 at 08:11
    • Adam Grzelązka
      2 grudnia 2016 at 20:51

      Powoli sam nad tym myślę – moje jeszcze małe, ale niedługo będą już chciały próbować swoich sił.

      Można iść w dwóch kierunkach – albo najtańszy używany aparacik cyfrowy do otrzaskania się – coś taniego z allegro alb lombardu – jeśli dzieciaki rozwalą, strata niewielka.

      Albo pójść w pancerny kompakt – tutaj polecam np. od ze stajni Pentaxa WG-5 GPS – wytrzyma upadek z 2 metrów, wpadnie do wody – przeżyje – zimą się nie zatnie. Naprawdę bardzo porządny sprzęt nie tylko dla dzieciaczka, ale i do poważnej dyskretnej fotografii. Może służyć jako kamerka sportowa. Cena ok 1300 zł.

      podrzucam linki:

      http://www.ricoh-imaging.pl/dcms_index.php?id=5858&lang=pl&product=04652&body=overview

      http://www.fotoplus.pl/aparaty-cyfrowe/kompaktowe/Ricoh-WG-5-GPS?w=7171&utm_source=skapiec.pl&utm_medium=referral

      http://www.optyczne.pl/7980-news-Ricoh_WG-5_GPS.html

      Ogólnie kompakt to bardzo dobry sprzęt do uczenia się fotografii. Dla starszych dzieciaków, powiedzmy nastolatków, które chcą już fotografować bardziej świadomie polecam jakiś superzoom z zapisem RAW. Ja używam Fuji SL1000 jako aparat dopełniający do mojego lusterkowca K-5. Superzoomy przy dobrym świetle są bardzo uniwersalne, a dodatkowo mają sporo opcji i w zasadzie można się na nich uczyć wszystkiego, czego używa się potem na lustrzankach czy bezlusterkowcach. osobiście żałuję, że nie zdążyłem kupić Fuji S1, odmiana SL1000, ale z uszczelnieniami.

      Zdjęcia w RAW zamiast JPGów pozwalaja potem na np. Lightroomie albo RawTherapee obrabiać zdjecia i uczyć się ciemni fotograficznej. A zawsze można na nich też robić JPG, które oferują niewielki zakres możliwości edycyjnych.

      A potem? Cóż albo bezlusterkowce, albo lustrzanki. Wybór ogromny i wszystko zależy od zasobu kieszeni i kierunku, w jakim się chce iść. osobiście polecam Pentaxa, jeśli ktoś chce niedrogi używany korpus ale wodoszczelny. Taniej niż z Olimpusem czy Fuji – też są wodoszczelne, ale ogólnie wyjdzie drożej, chodź są mniejsze – system 4/3.

      Można iść w taniego Canona lub Nikona, ale tanie korpusy nie mają uszczelnień. Czyli odpada deszcz, większy mróz, pył itp.

      Ważne: aparat musi być na tyle mały, żeby dawało się go zabierać wszędzie. inaczej będzie leżał w domu, bo za duży, za ciężki itp. Z fajnych rzeczy bardzo pomaga uchylny albo obrotowy ekran – wiele zaawansowanych kompaktów daje taką możliwość. Fajnie, jeżeli daje się dodatkowo podpiąć lampę błyskową – można się wtedy uczyć nim ją obsługiwać. Manualny Yongnuo kosztuje 200-300 nowy – zalezni od modelu. Potem można dokupić sterownik bezprzewodowy i znów zaczyna się zabawa z lampą poza aparatem 🙂 Fajnie, jeżeli na nasz aparat daje siedo obiektywu dokręcać filtry. ja do SL1000 kupiłem specjalny pierścień naklejany na taśmę dwustronną i dzięki temu mogę nosić filtry. oryginalnie nie ma tam gwintu. Niektóre modele mają – inne nie- czy są możliwości dodania – trzeba szukać w necie.

      jeśli jest WiFi, NFC lub Bluethoot – można aparat wyzwalać i obsługiwać smartfonem – tez przydatne. Ja nie mam takiej możliwości, ale są modele co to umożliwiają u Fuji. Np. wspomniany S1 (niestety nie do dostania obecnie, a szkoda…).

      Co jeszcze? Potrzebny jest gwint do statywu. reszta jest nieistotna. Aha – lepiej jak jest wizjer, a nie tylko ekran. Przez wizjer zawsze zrobi się lepsze zdjęcia z ręki, ekran nadaje się do statywu i niewygodnych pozycji -jeśli jest uchylny.

      najlepiej zainwestować tyle, żeby w razie jak dzieciakowi się znudziło, aparat zadowalał nas samych. Ja mam swojego SL1000 już chyba 3 albo 4 rok – zrobiłem nim jakieś 50- 80 tys. zdjęć. Aparat nadal działa i ma się dobrze mimo że widać po nim ze był ostro używany w trudnych warunkach – naleciało mi niestety pyłu do obiektywu – a czyszczenie – 400 zł – odpada. nim robię zdjęcia na co dzień. A jeśli mam K-5, to zdjcia macro i z lampą, uzupełniajce główny motyw, żeby nie latać z obiektywami. Jeden pracuje na statywie, drugi z ręki albo podpórek.

    • Adam Grzelązka
      2 grudnia 2016 at 21:50

      Aj, aj, aj – chodziło o sprzęt dla Ciebie, a nie dzieciaczków. Ale treść nadal pozostaje aktualna.

      Przy maluchach łatwo upuścić aparat, więc pancerny sprzęt się przydaje.

      Osobiście uważam, ze Lustrzanka/bezlusterkowiec zawsze dobrze uzupełnić o superzoom oraz niewielki poręczny kieszonkowy kompakt. Możliwości są większe. A zoom i kompakt kupuje się raz na wiele, wiele lat – aż padnie. Ich jakość jest już na tyle dobra, że można te fotki, jeśli dobrze wyjdą drukować nawet w większych formatach. A przecież 99% obecnych zdjęć i tak pozostaje na kompie/CD/DVD i nie zmienia się na wydruki.

      Najlepiej iść do jakiegoś marketu większego ze sprzętem Foto i pooglądać sobie. Pomacać sprzęt, zobaczyć co nam leży w dłoni. jak się obsługuje. Potem w domu sobie szukamy w necie testy, patrzymy na konkurencję i patrzymy co ma lepszego, co gorszego. Sprawdzamy model tańszy, droższy i na coś się decydujemy. Potem zaczyna się zabawa i frajda. Jak opadną emocje – nauka. ja np. ostatnio w SL1000 bawię się sepią i fotografia czarno-białą, które można robić od razu, bez obrabiania na kompie. Ot, taka długo przeze mnie ignorowana funkcja. Niby drobiazg, ale pozwala się ciekawie pobawić.

      To, co ważne przy dzieciaczkach – nie WALIĆ LAMPĄ BŁYSKOWĄ po oczach! jeśli już to, chociaż dyfuzor zakładaj na lampę w aparacie. Albo używaj zewnętrznej i strzelaj w sufit. A najlepiej wkręcić duże mocne żarówki. Lub iść na słońce.

      Kompakty (nie wiem jak bezlusterkowce) mają niestety niewielkie opóźnienie między naciśnięciem migawki a zrobieniem zdjęcia. Przydaje się ogólnie tryb seryjny. Albo bezlusterkowiec – ten działa szybko i bez spóźnienia.

      Jeśli jest dobre światło – można robić zdjęcia na programie manualnej przesłony – resztę aparat dobierze sobie sam. Jeśli ciemno – lepiej ręcznie dobrać czas w miarę krótki, przy którym zdjęcia jeszcze wychodzą – a resztę niech sobie aparat dobierze sam.

      No i przy maluszkach przydaje się opcja kręcenia filmów. Tu dobre są Panasoniki, ale drogie niestety. Szczególnie problem jest z dźwiękiem. Fajnie jak da się podpiąć mikrofon. W SL1000 się nie da 🙁 W k-5 już tak, ale opcje filmowe uboższe w sumie.

      Niestety nie ma sprzętu uniwersalnego. Zawsze każdy aparat coś może lepiej i wygodniej, a coś gorzej, wolniej albo wcale. tym bardziej, że budżet na wydatki mamy ograniczony.

      Przy dzieciakach dobrze sprawdza mi się niewielka torba na ramię. Z jednej strony łatwo go wyjąć, z drugiej jest przed dzieciaczkami zabezpieczony.

  2. Eurypides
    30 listopada 2016 at 08:40

    Do obliczenia hiperfokalnej też DOF Calkulator to najlepsze i najprostsze rozwiązanie

  3. 50-parolatek
    30 listopada 2016 at 15:58

    Tym tekstem Autor przypomniał mi wspaniałe czasy, gdy zajmowałem się wpierw, hobbystycznie, a potem już pół-profesionalnie fotografiką.
    Tak, wiele się w tej branży zmieniło. Wówczas, nie licząc samego aparatu fotograficznego, najczęściej radzieckiej konstrukcji, dodatkowym “osprzętem” były co najwyżej lampa błyskowa, statyw, zestaw filtrów i dobry światłomierz.
    Swoją przygodę z fotografią zaczynałem od “Druha”, potem była “Smiena”, a gdy z początkiem lat 70-ych rodzice sprawili mi w prezeńcie “Feeda” byłem przeszczęśliwy. Różnymi sposobami (butelki, złom, pomoc przy prostych pracach, które mógł wykonywać odpłatnie 12-13-latek) naskładałem sobie i zarobiłem na najprostszy powiększalnik (o ile dobrze pamiętam był to “Beta Nowa”), zegar i lampę ciemniową, komplet kuwet i ze starej, wielkiej szafy stojącej w domu na strychu urządziłem sobie prawdziwą ciemnię fotograficzną.
    Ach, to była dopiero przygoda!
    Początek lat 70-ych był to okres, kiedy fotografowanie należało jeszcze do względnej rzadkości. Tym bardziej posiadanie warunków do pełnego wywoływania i obróbki zdjęć (ciemnia fotograficzna), więc nadarzała mi się wówczas okazja “dorobić” trochę “grosza”.
    Jako dorastający nastolatek, za zarabiane pieniądze na różnych “fuchach” (komunie, wesela, imprezy i inne) na tak prymitywnym sprzęcie i w tak prymitywnych warunkach, byłem w stanie na tyle zarobić, iż mogłem sobie mój stary sprzęt wymienić na, w ówczesnym czasie (i warunkach) bardzo nowoczesny.
    Pamiętam, gdy przez okres chyba jednego roku, prawie codziennie chodziłem do sklepu “foto-optycznego” i pytałem o świeżą dostawę. W końcu sprzedawczyni zlitowała się nademną i “podpowiedziała” mi 😉 kiedy mam przyjść, bo będzie coś fajnego.
    Dostałem wówczas kompletnego “Zenitha”, ekstra kuferek, a w nim aparat, 3 objektywy (standard 50mm, szeroko-panoramiczny, chyba 28mm i tele-objektyw, o ile dobrze pamiętam 120mm), statyw, światłomierz (dodatkowo, bo sam aparat również go już posiadał) i komplet filtrów. Potem, już w latach 80-ych używałem lustrzanki “Praktica”. Od lat 70-ych towarzyszył mi również, najczęściej do zdjęć portretowych, dwuobiektywowy “Lubitel”.
    Oczywiście, równolegle zrobiłem sobie porządną ciemnię fotograficzną, sukcesywnie odnowiałem i rozszerzałem gamę jej wyposarzenia. Doszedłem do “Krokusa” ileś tam, z przystawką do fotografii kolorowej.
    Robiłem również kolorową, jednak zawsze przedkładałem nad nią fotografię czarno-białą. Ostatnim aparatem, którym się stosunkowo często i z przyjemnością posługiwałem była analogowa “Minolta”. Symbolu już nie pamiętam, ale był to na pewno model b. dobrze wyposażony (“full-wypas” ;)) z początku lat 90-ych.
    Odkąd fotografowanie, poprzez rozwój elektronicznej techniki, przybrało charakter masowy, przestało mnie to bawić.
    Pstryk-klik, pstryk-klik…, spojrzeć, pstryk-klik, pstryk-klik…, spojrzeć…
    – tysiące, miliony, ba miliardy banalnych ujęć otaczającej rzeczywistości.
    I prawie każdemu wydaje się, że coś “tworzy”…
    Dawniej, przy fotografii analogowej (obróbka chemiczna), m.in. ze względu na ograniczoną ilość zdjęć na kliszy, fotografujący zanim “pstryknął”, ileś tam razy całość przemyślał. Motyw, co chce tym ujęciem wyrazić, jakiego oświetlenia, barwy, intensywności użyć. Itd., itp., całość była ileś razy analizowana i w konsekwencji powstawało ujęcie prawie “idealne”. Wystarczyło to już tylko odpowiednio w ciemni “wykadrować”, a fotografia odpowiadała wyobrażeniom “twórcy”.
    Obecnie, pstrykaczy są miliardy, “pstryknięć” jeszcze więcej, ale DOBRYCH zdjęć, jak na lekarstwo. I najczęściej są to przypadkowe ujęcia, które właściwie nic sobą nie wyrażają, a jeśli trafi się pomiędzy nimi jakieś “ciekawe”, to jest to nic innego, jak przypadek, który w jakiś tam sposób oddziaływuje na naszą psyche. Na pewno nie było to przemyślane ujęcie.
    Gwoli sprawiedliwości, oczywiście, już kiedyś był rodzaj fotografi “bez przemyśleń” i klepanej “masowo”. To zdjęcia sportowe, lub wszystkie te sceny, które dzieją się szybko i najczęściej jednorazowo. Ale jest to chyba margines całości.

    A swoją drogą, czy autor tym tekstem reklamuje m.in. “Fotoshopa”?
    – przecież istnieje tyle fantastycznych programów do takiej obróbki, że akurat nie trzeba wymieniać tego najdroższego badziewia do wynajmowania.
    To samo tyczy się oprogramowania na smartfona, które autor szczegułowo wymienia. Czy to kryptoreklama, czy po prostu autor nie potrafi już sam ocenić pogody, wschodu, czy zachodu słońca?
    Abstrachuję już od tego, że, by móc używać tych programów, to trzeba całkowicie “otworzyć” swój telefon i pozwolić na pełną kontrolę swojego sprzętu (i siebie!) przez innych (zza oceanu).
    Och ludzie, ludzie, sami zakładacie sobie elektroniczne pętle na szyję…

    Ps – chybaś Pan młody, Panie Autorze…

    • wieczorynka
      30 listopada 2016 at 17:33

      Nawiązuję tylko do 1-szej części komentarza o tyle o ile znam stary sprzęt fotograficzny, znam domowe ciemnie, kuwety i koreksy (obecnie te kuwety z ciemni domowej służą jako kocie kuwety). Też preferuję fotografie czarno białe, całkiem sporo tego mamy w domu. Od kiedy pojawił się sprzęt fotograficzny “dla małpy” nam równie przeszło z fotografowaniem. Bardzo ciekawy komentarz, pozdrawiam.

    • Adam Grzelązka
      2 grudnia 2016 at 21:25

      dziękuję za wspaniałe wspomnienia.

      Ja zaczynałem od Zenitha, potem miałem jeszcze Practicę. Miałem ciemnię częściową – kumpel zajmował się wywoływaniem filmów, a ja robiłem odbitki. Głównie czarno-biała fotografia. W latach 90 można było wiaderkami kupować niedrogie kolorowe ORWO – wtedy przerzuciłem się na punkt usługowy już.

      Potem miałem kilka lat przerwy. Właściwie kilkanaście. Powrót do fotografii przyszedł przez kamerkę z funkcją foto o matrycy 6mpx – całkiem przyzwoity sprzęt działający do dziś. A od kilku lat najpierw kompakt superzoom Fuji SL1000, a potem Pentax K-5.

      nadal jestem amatorem. Samoukiem. Robię dużo zdjęć, dużo wyrzucam. Ale trochę zostaje – tych ciekawych, trochę niezłych i nieco dobrych – przynajmniej tak dla siebie.

      Co do softu – to Photoshopa nie znam do dziś, a wszedłem jakoś w Lightrooma i się po prostu przyzwyczaiłem. Darmowy odpowiednik na Windowsa lub Linuxa to RawTherapee. Jako zaawansowaną przeglądarkę używam darmowego FastStone Image Viewer – głównie dlatego, że obsługuje RAWy. Prawda jest taka, ze najlepszy jest zawsze ten program, który znamy najlepiej. Dlatego osobiście wolę np. MS Worda od darmowego Open Office, bo tego pierwszego znam na pamięć w tym zakresie skomplikowanej obróbki tekstu, jaki używam, a w Open Office wciąż mi czegoś brakuje, bo albo nie ma, albo działa inaczej, albo trza przekopywać się przez instrukcję. Nim jeszcze powstał OpenOffice, przekopałem się przez Worda i umiem posługiwać się bardzo zaawansowanymi strukturami tekstowymi, a takze wiem, czego po prostu nadal się zrobić w tym nie da i trzeba korzystać z softu do DTP.

      O sprzęcie i sofcie pisze nie w kategoriach reklamy, ale dzielę się tym, co konkretnie mam i używam. Nie pretenduję do miana testetra sprzętu czy przewodnika po programach, ale opowiadam o plusach i minusach takiego zwyczajnego szarego użytkowania tego i owego.

      Dla mnie fotografia to oddech od codzienności, fascynujące hobby, w jakimś stopniu dopełnienie poezji 🙂 Szkoda, że wciąż nie umiem robić poetyckich fotek. Bardziej robię zdjecia dla siebie niż dla innych. od niedawna dzielę się nimi w necie. Od bardzo niedawna próbuję to i owo pisać o fotografii mając świadomość,że jako amator mówię amatorsko – stąd forma eseju, poetyckiej gawędy, opowieści przy ognisku :). takie tam bla, bla, bla. może komuś się spodoba, może nie. Czas pokaże.

      Co do softu na smartfona to dodatki, które po prostu ułatwiają życie. czasami jestem np. na wyjeździe na jakimś kursie – mogę sobie sprawdzić pogodę tam na miejscu na cały weekend, która potrafi być bardzo różna od tej w Poznaniu. może sprawdzić, czy w nocy będzie padać, albo kiedy temperatura zacznie spadać poniżej zera i zdecydować, czy przeczekam ten czas skraplania się patry na obiektywie czy wracam do domu – jeśli tak odpowiednio zaplanuję trasę, by kończyć jak najbliżej i mieć potem jak najmniej do przejścia pieszo.

      Mapy pozwalają dokładnie obejrzeć teren, którego nie znam. W przypadku miasta na Google tryb Street View pozwala przejść się uliczkami i zobaczyć co tam jest ciekawego i się przygotować. Czasami to jedyny możliwy rekonesans przed właściwym fotografowaniem.

      Co do wschodu i zachodu to na oko nie da się poznać, o której zaczyna się niebieska i złota godzina. A program podaje to precyzyjnie. A to ważne, bo trzeba w dane miejsce dojechać, rozstawić sprzęt i się przygotować – czas się liczy, inaczej przegapię moment na przygotowaniach. Program pokaże mi też, z której strony słońce w ogóle się pojawi czy zniknie, a mapa pozwoli sprawdzić, czy z danego miejsca cokolwiek będzie widać, czy raczej zasłonią mi drzewa i budynki. W płaskiej w miarę Wielkopolsce to ważne, bo niełatwo znaleźć jakieś wzniesienia i otwartą przestrzeń. trzeba wiedzieć, w które miejsce jeziora iść i czy tam są krzaki nad brzegiem, czy nie. Jak teren znam – pół biedy – jak nie wstępnie mogę ocenić na mapie topograficznej albo satelitarnych zdjęciach (notabene często dość różnych od realnego widoku – bo mapy są sprzed kilku lat i mogło się coś pozmieniać). Ale choć trochę się mogę przygotować. mapa też służy mi do poszukiwania miejsc urbexowych – porzuconych, opuszczonych, zapomnianych – są takie specjalne mapy z oznaczeniami takich miejsc – nie, nie Google 🙂

      Kiedyś, gdy nie miałem smartfona tylko zwykły prościutki telefon, miałem wiele rzeczy zapisanych na kartkach co do ustawień. No i stoper w zegarku. Aplikacje w smartfonie są po prostu wygodniejsze. Wprowadzam początkowe parametry, zapisuję parametry końcowe i program przelicza mi czas i uruchamia timer, a kończąc daje sygnał dźwiękowy. Przy czasach rzędu kilkunastu kilkudziesięciu minut to bardzo przydatne. Odpalam migawkę, odpalam soft i “zapominam”. Idę pobuszować w okolicy, zajrzeć za róg ulicy itp. Albo siadam na stołeczku i marznę :). Albo jem coś z plecaczka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up