Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

22 sierpnia 2017

Wilkiem do lasu LXXXI


fot. A. Grzelązka Copyrights

Puk, Puk! Kto tak? Słońce…

Nareszcie słoneczny dzień. Za oknem listopad. Dookoła niknący w promieniach słońca szron. Ale tylko w promieniach słońca. Tam, gdzie ono nie dociera, tam, gdzie wszystko skryte jest w cieniu, szron ma się bardzo dobrze. Nie tylko zresztą szron. Śnieg, który spadł kilka dni temu, choć było go w sumie niewiele, ot tyle co kot napłakał, nadal tu i ówdzie zalega niewielkimi bielejącymi łachami.

Nim się obejrzałem, nadeszło południe. Dziś choć wstałem jak zwykle, tzn. właściwie zbudziły mnie rano dzieciaczki jakiś kwadrans przed ósmą, to potem udało mi się wygospodarować nieco czasu i odespać choć troszeczkę zarwaną noc. A zarwać było warto. Byłem bowiem na nocnej wyprawie po zdjęcia w okolicy. Na razie je zgrałem nie mając czasu zająć się nimi dokładniej. Przyjdzie na to jeszcze czas.

Zatem ruszamy

Zbliża się szybkimi krokami południe. Za oknem przepiękne złociste słoneczko. Od wielu dni nie gościło ono u nas. A dziś proszę, jest. Szkoda to utracić. Szkoda przegapić. Szkoda zignorować. Błyskawiczna decyzja. Najwyższy czas wybrać się na spacer. Oceniam sytuację szybkim rzutem oka. Dzieciaki nie wyglądają na zmęczone i niewielka jest szansa, że uda się je tradycyjnie w południe położyć spać. Na co dzień jesteśmy już po długim wyczerpującym spacerze i przychodzi im to bez trudu. Ale nie dziś. Dziś jeszcze nigdzie nie były. Więc może pójdą teraz zamiast do łózek, na spacer.

Reagują z ogromnym entuzjazmem. Ubieramy się i zbieramy tak szybko jak to tylko jest możliwe z dwoma maleńkimi szkrabami. Po kilkunastu minutach jesteśmy już na dole pod kamienicą. Ruszamy spacerowym krokiem ku drugiemu końcowi osiedla, na przystanek. Tam przyjdzie nam poczekać na spóźniony autobus, który z poślizgiem, ale jednak w końcu przybywa.

Mam to szczęście, że znów mieszkam w takiej okolicy, że bynajmniej nie musze gdzieś daleko wędrować, aby dotrzeć do jakiejś zieleni. Gdzie się nie ruszę, wkrótce mogę rozpocząć spacer. Tym razem podjechaliśmy sobie dwa przystanki i dopiero tam zaczął się nasz właściwy południowy spacer w skąpanej słońcem okolicy.

Słońce słońcem, ale jak się wejdzie w cień, to nieźle czuć, ze to zima i że przymrozek. Ciągnie aż ino. Brr. Staramy się możliwe szybkim krokiem przemierzać te fragmenty lasu, w których słońca jest mało i dookoła wszystko siwe jest od pokrywającego okolicę szronu. Za to w słonecznych partiach zwalniamy i ledwo się snujemy naprzód rozkoszując się ciepłem spływającym na nas z błękitnego nieba. Kontrast jest bardzo duży. W cieniu zimno jak nie wiem, a w słońcu niemal cieknie nam pot po plecach. Ot urok dzisiejszej pogody.

Liści opad

Nie ma jednak co narzekać. Jest rozkosznie pięknie. Jest zachwycająco. Jest radośnie. Tak, zdecydowanie brakowało nam tego od kilku dni. A przynajmniej mnie. Wciąż tylko chmury i chmury. Szaro i nijako. I nagle wczoraj w nocy zaczęło się przejaśniać. Potem przyszedł mróz. A rano wyjrzało słońce i nadal króluje na niebie, choć w tej chwili szykuje się już do zniknięcia za horyzontem.

Listopad pełną gębą. I jak sama nazwa wskazuje, liście opadają. Opadają nagminnie. Opadają pojedynczo. Opadają parami. Opadają całymi gromadami. Sypią się czasem niczym pył z potrząśniętego krzewu. Zalegają kolorowymi plamami na ziemi. Skrywają pod sobą zarówno szarość ziemi jak i zieleń traw.

Są takie, które nadal się trzymają. Ze wszelkich sił. Uporczywie pozostają na gałęziach, wśród koron drzew. Często są to już jedynie samotni donkiszoci. Czasem dosłownie jeden marny listek na całym wielkim drzewie. Innym razem jakby kępami, to tu, to tam. Jeszcze inne rozproszyły się równomiernie, ale są mocno przerzedzone. W nielicznych przypadkach są to gęste kępy żółtych, czerwonych i brązowych liści i listków. Jeszcze są. Jeszcze się ostały. Oparły mrozom i wiatrom.

Liści opad

2016.11.12
Poznań

liściom nudno wisieć sobie
liściom zimno nocą bywa
liść jak liść z zimna drzy
liść opada niczym łza rzewna

co tu będziem sobie wisieć
po cóż żółknąć nam z zazdrości
czemu mamy się ze złości czerwienić

tak liść liściowi szepcze z cicha
bratu swemu z pnia jednego
mroźną nocą gdy dłoń szron mu ściska
na dzień dobry a siarczysty
na noc mroźną a gwiaździstą

więc dalejże
więc już teraz
najpierw jeden nieśmiało z cicha
potem leci drugi za nim zaraz trzeci
lecą tańczą na wietrze się kręcą
szumią pieśń żegnalną
by zasnąć cicho już na ziemi

a po chwili
po dniach kilku
lecą już stadami
opadają jakby śnieg obsypał się z gałęzi
były – trach – nie ma ni jednego
wszystko leży
wszystko błyszczy się na trawie kolorową plamą

liści opad
sezon w pełni
jeszcze żółto
jeszcze tu i ówdzie się czerwieni
lecz już idą brązy
już skradają się szarości
czas jesiennej przemija wiosny
zakwitły radością liście
opadają z szumem gasną
skrzą się w szronu ściskach

ino patrzeć
jak pod bieli śniegiem
znikną liście
radość słońca
zachwyt oczu
kolor uśpiony

i tak już do wiosny
do pierwszych kwiatów radosnych

Adam Gabriel Grzelązka

Chwilę ulotną w sercu zatrzymać

Teraz, gdy na niebie króluje słońce, przepięknie grają swymi światłocieniami. Najpiękniej oczywiście jawią się te, poprzez które promienie słoneczne przebijają się na wylot, podświetlając je od tyłu. Robię zdjęcia. Dużo zdjęć. Tyle motywów. Tyle zachwytów. Tyle barw, cieni i świateł. Cudownie, cudownie, cudownie. Sycę oczy, serce i duszę. Wchłaniam otaczające mnie piękno całym sobą.

Czas biegnie nieubłaganie, słońce wędruje po nieboskłonie, a my podążamy dróżką wijącą się nad brzegiem rozległego półkolistego stawu. Słońce raz nam ucieka, by skryć się za naszymi plecami, a raz wybiega nam naprzeciw niejako, świecąc wprost w oczy i oślepiając swym radosnym blaskiem.

Trochę żal, że ta jesień taka niesłoneczna się ostatnio zrobiła. Wtedy, gdy było najpiękniej, najkolorowiej, gdy drzewa miały jeszcze niemal pełne komplety liści, ale za to już pożółkłych lub zczerwieniałych, albo nie miałem możliwości wyjść na dłuższy spacer, albo zwyczajnie brakowało notorycznie właśnie słońca. Przy pochmurnej pogodzie wszystko to wyglądało nijako, mętnie, słabo. Owszem, porywało serce. Ale nie tak jak teraz, gdy ono wprost szaleje z zachwytu. Dziś nadrabiam zaległości z nawiązką. Na zaś. Nie wiadomo bowiem, jaka pogoda szykuje nam się na jutro. Czy słonce się utrzyma, czy tez niebo znów zasnują chmury. A może w nocy wiatr straci resztki listowia i wszystko dookoła pokryje świeży bielusieńki cudowny śnieg. Dziś jest dziś. I to dziś raduję się słońcem i kolorami jesieni. Do syta. Do pełna. Jeszcze i jeszcze.

Poznań, 2016.11.12
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Kultura

Scroll Up