Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

29 kwietnia 2017

Baranki…


 Od dziecka miałam tak, że godzinna msza dłużyła mi się w nieskończoność. Nie mogłam pojąć dlaczego w tym przybytku wiary jest mi zawsze dziwnie zimno i nieswojo. Przeważnie nie potrafiłam zrozumieć słów jakie padały z ołtarza i czekałam jak na zbawienie na koniec tego dziwnego obrządku. Przestałam chodzić na te fanatyczne spotkania jeszcze w liceum- po tym jak pijany proboszcz grzmiał o potrzebach finansowych parafii, na której podjeździe pasły się wypucowane „merole”. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to Mercedesy, bo po ulicach pomykały co najwyżej Polonezy Caro – co było już wyznacznikiem wysokiego statusu jego właścicieli. Pomimo starań w zrozumieniu kazań, jakie wygłaszali posłańcy Stwórcy – udawało mi się jedynie wyłapać fragmenty o nieuchronnym końcu bez pomocy Boga i kościoła. O tym wreszcie, że są to jedynie spotkania największych grzeszników – utwierdziły mnie kolejne lata i wiele spotkań z coraz to wymyślniej kamuflującymi prawdę barankami… Do świątyni potulne owieczki udawały się po rozgrzeszenie – sprytnie wymyślone, aby resetować haniebne dokonania. Raz na kilka lat sprawdzam czy nic się nie zmieniło i poświęcam godzinę na obserwowanie innej rzeczywistości. Krainy, która zdecydowanie… nie zmieniała się na lepsze…

Święty Razio

Do ojczyzny z amerykańskich wojaży Razio wrócił na obronę dyplomu, której dłużej odkładać się nie dało. Miał tylko zakończyć pomyślnie ekonomiczną edukację i wrócić do rajskiej krainy, w której nawet słońce świeci jaśniej i złociściej. Zoe poznał przy okazji jakiegoś klubowego wyjścia do miasta. Z czasem okazało się, że jest w trakcie rozwodu i ma dzieci. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, tym bardziej, że kobieta była atrakcyjna i interesująca. Na tyle uległ fascynacji, że postanowił nie wracać do ukochanego USA. Wiedział, że dla Zoe bycie z nim to były życiowe decyzje. Przekonywał ją jednak o swojej miłości na zawsze i przysięgał na wszystko jak będzie ją kochał, wspierał i nigdy nie zawiedzie. Miał świadomość, że dla kobiety to była trudna sytuacja. Dzieliła się z nim swoimi wątpliwościami – jednak doskonale wiedział co mówić, aby roztopić jej nieufność i osiągnąć cel – jaki sobie wyznaczył, aby ją zdobyć. Znając jej przeszłość i pragnienia łatwo grał uczuciami – kłamiąc i oszukując bez żadnych skrupułów. Po 2 latach Zoe dała się przekonać, że wspólnie stworzą rodzinę o jakiej marzyła i zmienia swoje życie ostatni raz, mimo ostrzeżeń najbliższych. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu była najgorszym koszmarem, jakiego by się nigdy nie spodziewała…

Razio często wspominał o amerykańskim śnie i zachwytem jaki w nim wzbudzał. Wiedział, że kobieta nie wyjedzie z nim do miejsc, za którymi tęsknił. Mimo, iż wielokrotnie o tym rozmawiali wmawiał jej, że nie ma racji i nie myśli o powrocie do Stanów. Kiedy zamieszkali razem chłopak szybko nabrał pewności, że długo nie zostanie w kraju. Dzieląc razem dni i noce ciężko było już kłamać bez konsekwencji. Zoe chciała innej prawdy, jednak nie mogła nie widzieć dzwoniącego po nocach telefonu i sms – ów: „czy wpadnie na imprezę”. Nie potrafiła się uśmiechać wiedząc, że prawie wszystkie obietnice były składane bez pokrycia, ani wierzyć, że musi leczyć się na chlamydia, których nabawił się jej partner w szatni po treningu w kolegami. Nie rozumiała celu bezsensownych deklaracji, o które nie prosiła. Tym bardziej, że Razio podkreślał jak ważny w życiu jest honor, prawda i jak istotne dla człowieka jest pokładanie nadziei i sił w Bogu. Namawiał Zoe do wspólnych wizyt w kościele, do spowiedzi, która dawała oczyszczenie i do słuchania pewnego radia, które miało być jedynym prawdziwym medium informacji. Kibicowanie prawicy, uwielbienie jej liderów, miłość do Boga, niedzielne msze – przeplatały się z całonocnymi zniknięciami, kłamstwami, zdradami i budowaniem za plecami „planu B”. Zoe czuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Miała już pewność, że poza kłamstwem nie usłyszy nic więcej, a mężczyzna, któremu zaufała był pomyłką. Nie chcąc kolejnych awantur – powiedziała, że będzie lepiej jak odejdzie z jej życia. Za miesiąc był już na Hawajach. Wszystko miał od dawna przygotowane do ewakuacji. Nie oglądając się na nic odfrunął na ciepłe plaże pełne Latynosek… dla, których wiara w Boga to podstawa…

Ofiarny Andrzej

W domu Andrzeja panował zawsze idealny porządek i cisza. Sterylne pomieszczenia wypełniały gustowne dodatki, a żona każdego popołudnia czekała na niego z ulubionym daniem. Sąsiedzi nigdy nie słyszeli z ich apartamentu żadnych głosów. Jakby małżonkowie nawet ze sobą rozmawiali szeptem. Minimum 55 razy w roku szli na pieszo do pobliskiego kościoła, trzymając się pod rękę. Andrzej był znany ze swojej hojności w datkach na świątynie i wspierania licznych działalności charytatywnych. Zawsze poważny, profesjonalny, dystyngowany. Oddany rodzinie, pracy, ideałom. Uchodził za autorytet, który podziwiali pracownicy i sąsiedzi. Odpowiedzialny, rzeczowy, punktualny…

Małżonkowie przeżyli ze sobą wiele lat. Nie mieli dzieci. Zaraz po studiach Andrzej założył firmę, której oddawał każdą wolną chwilę. Kobieta poświęciła się prowadzeniu domu – całkowicie podporządkowując się partnerowi. Marzyła o dzieciach. Radości, śmiechu, życiu, jakie wprowadzały swoją obecnością. Andrzej nie chciał „psuć” tego, co osiągnęli. Nie wyobrażał sobie nieładu, czy hałasów. Kiedy Maria zachodziła w ciążę – zostawiał jej pieniądze na stole i kazał pozbyć się problemu jak najszybciej. Po kolejnej aborcji – kobieta zachorowała. Konieczna była operacja i usunięcie jajników. Andrzej skomentował to tylko jednym zdaniem: – przynajmniej z tego kłopotu mnie zwolniłaś.

Z biegiem lat sytuacja w pracy była na tyle komfortowa, że stać ich było na wszystko, jednak Andrzeja nie cieszyło nic. Pił coraz więcej, a kiedy procenty szybciej krążyły w krwiobiegu stawał się agresywny. Maria schodziła mu z drogi. Rzadko rozmawiali, ale kiedy widziała w jego oczach alkohol – chowała się w sypialni. Wiedziała co nastąpi – kiedy i on tam przyjdzie. Po takich wieczorach – kilka dni nie wychodziła z domu a idąc w niedziele do kościoła w pochmurny dzień skrywała oczy za słonecznymi okularami. Mogła tylko dziękować Bogu, że nie będzie musiała iść na kolejny zabieg… Siedząc obok Andrzeja w kościelnej ławce, czuła na nich wzrok podziwu i szacunku. Modliła się wtedy, żeby kolejny wieczór kiedy mąż będzie miał ochotę na seks i przemoc zadzwonił do ulubionego, dyskretnego burdelu, w którym od lat hojnie obdarowywał swoje wybranki. Pieniądze zamykały usta niezadowolonym alfonsom, kiedy pracownice nie były w stanie po wizycie Andrzeja przyjmować innych gości. Niezręczne były tylko spotkania w świątyni z właścicielami przybytku uciech, czy którąś z pracownic… ale w te dni wydłużała się kolejka do konfesjonału…

*

Kiedy 24 lata temu Sinead O’connor podarła zdjęcie przywódcy religijnego byłam nastolatką. Nie miałam pojęcia co wtedy manifestowała irlandzka wokalistka. Słuchając setny raz „Nothing Compares to You” nie przypuszczałam, że poznam rozmiar pedofilii, jakiej dopuszczali się duchowni na całym świecie. Moja babcia umierała w przekonaniu, że świat jest dobry, a ksiądz w kościele jest wysłannikiem Boga, którego ona do ostatnich dni wspiera składaną na tace ofiarą. Sinead w 1992 na znak protestu podarła wizerunek przywódcy religijnego, który był przeciwny antykoncepcji i aborcji – jednocześnie milcząc o „innych zachowaniach” księży. Po 24 latach kobiety na znak protestu tłumnie wzięły udział w czarnym marszu, aby nie dać sobie odebrać człowieczeństwa. Prawa do decyzji, do prawdy, do świadomości – jakiej nie ma w murach wypełnionych Barankami…

Tags: , , , , , ,

8 komentarzy “Baranki…”

  1. Inicjator
    3 listopada 2016 at 04:55

    Ot, życie.

    • izabella
      3 listopada 2016 at 09:50

      eh. tak…

  2. wlodek
    3 listopada 2016 at 16:39

    Mocne,ale prawdziwe,wymagało odwagi
    Pozdro.

    • izabella
      3 listopada 2016 at 17:39

      Dziękuję i pozdrawiam. staram się pisać co myślę

  3. Rysa
    3 listopada 2016 at 18:13

    Pani Izabello, czy nie pokusiłaby się Pani o napisanie dalszego ciągu dając analizę psychologiczną postaci? Uważam, że byłby to naprawdę ciekawy materiał dający spojrzenie kobiety na nasz męski „szowinizm”. Pozdrawiam Rysa

  4. krzyk58
    3 listopada 2016 at 18:25

    Takie czasy,by błyszczeć należy opowiadać(bajki)
    największe wzięcie mają „te z księdzem”…NAWET
    niejaki Ob..ek – kiedyś,ksiunc dziś tylko ‚prefesorek”
    nie mylić z profosem…:) nagle przypomniał(sobie)
    i Nam,iż kiedyś był „doprowadzany do organizmu’.
    Oczywiście przez księży.Czego to ludzie nie wymyślą
    by błyszczeć.Prawdziwy Europejczyk,by istnieć medialnie
    i towarzysko – co na jedno wychodzi,musi mieć co najmniej
    kiłę,rzeżączkę(trypra),”hifa”,być przynajmniej „obojniakiem”, „znietrzeźwiać” się nałogowo i wciągać „coś białego” najbardziej trendy jest posiadać wymienione „cechy dodatnie” w jednej powłoce… 🙂
    W dobrym tonie jest „bywać’ na „manifach”… 🙂
    I już mamy TOTALNE LEWACTWO!! GOSPODA (i DAMY)!!

    • wlodek
      3 listopada 2016 at 19:07

      Drogi krzyku,czasami zapominasz że przede wszystkim jesteśmy Ludźmi, a nasze wychowanie,środowisko, doświadczenie powoduje że głosimy takie a nie inne poglądy. Fakt że jestem ateistą i daleko mi do wszelkiej religii,nie oznacza że jestem Lewakiem. Istnieją ogólnoludzkie wartości,bez których „Człowiek to nie brzmi dumnie”Mnie religia w tym nie pomaga,ale jeśli komuś pomaga to dobrze.Pozdro

  5. Lech
    6 listopada 2016 at 22:07

    Pani Izabello, pisze Pani zawsze pięknie, ale ten tekst rzuca na kolana, nawet ateistę. Wszak by napić się ze źródła trzeba uklęknąć. Gratuluję i pozdrawiam. Czekam na następne teksty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Religia i państwo

About Izabella Gądek,

MOJE ESEJE TO ROZWAŻANIA DOTYKAJĄCE DYLEMATÓW I KLĄTW WSPÓŁCZESNEJ RZECZYWISTOŚCI. ZBIÓR OSOBISTYCH PRZEMYŚLEŃ, SKIEROWANY DO LUDZI ŻYJĄCYCH W CORAZ BARDZIEJ SMUTNYM, CHAOTYCZNYM I ZWARIOWANYM ŚWIECIE. W OTOCZENIU, GDZIE BRAKUJE MIEJSCA NA BLISKOŚĆ, GDZIE ZAPOMINA SIĘ O WRAŻLIWOŚCI I SENSIE ISTNIENIA. MIŁOŚCI I SZCZEROŚCI... TO SŁOWA KOBIETY, KTÓRA PRAGNIE ROZUMIEĆ, CZUĆ I NIE PRZESTAĆ BYĆ CZŁOWIEKIEM. MYŚLI OSOBY, KTÓRA WIERZY, ŻE WARTO WYBRAĆ NIEZMIENNE WARTOŚCI, IDEAŁY, WOLNOŚĆ I MARZENIA - POKONUJĄCE SWOJĄ MAGIĄ ŚMIERTELNOŚĆ. BUNTOWNIKA, KTÓRY WALCZY, ALE DOCENIA I SZANUJE ŻYCIE...

Scroll Up