Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

25 marca 2017

Dzieci z odzysku 34


 No to w drogę

Jest okazja przejechać się do Gniezna. W normalnych okolicznościach, gdy dzieciaczek odbierany był z któregoś ze szpitali poznańskich, pozostałbym w domu z pozostałą dwójką. A że pogoda, pewnie byśmy w tym czasie byli gdzieś na jakimś spacerku. Tym razem będzie inaczej. Organizujemy opiekę dla najstarszej, która co prawda ma dziś szkołę, ale wróci z niej, gdy nas jeszcze nie będzie. Ktoś się nią wówczas zajmie. Potrzebny jest dodatkowy, trzeci fotelik. Mamy taki, co prawda pożyczony, ale od telefonu do wyjazdu jest już tylko kilka dni, więc odbieramy go migiem. Pakujemy jakieś dodatkowe ciuszki, mleczko, buteleczkę, pieluszkę. Nigdy nie wiadomo bowiem, w jakim stanie będzie nam dziecko wydane. Jest co prawda bardzo ciepło i nie będzie problemu nawet jeśli matka nie dostarczyła do szpitala dziecku żadnych dodatkowych rzeczy. Ale na wszelki wypadek coś ze sobą mamy. Co innego, dyby była zima. Wtedy trzeba przecież solidnie maleństwo opatulić, by nie zmarzło opuszczając ciepły, zazwyczaj przegrzany budynek.

Nasze oba maluchy uwielbiają jazdę samochodem. Uwielbiają to chyba wszystkie niemowlaczki. Dla nich z domu bierzemy to, co będzie potrzebne w podróży. Przede wszystkim gorąca woda w termosie i mlesio. Są właśnie po jedzeniu, ale nim wrócimy, dadzą dosadnie znać, że chciałyby sobie znów coś przekąsić. Pielucha też się nada dodatkowa. Na wszelki wypadek kilka. Tym bardziej, że będzie również okazja spotkać się z rodzinami dzieci, które kiedyś u nas, a teraz odnalazły już swój dom i akurat tu w Gnieźnie.

Telefon poszedł w ruch. Już wiemy, kto jest, kogo nie ma akurat. Z kim uda się spotkać, a kogo zastać nie damy rady. Wszystko poumawiane, możemy jechać. Niektóre rodziny bowiem utrzymują z nami mniej lub bardziej częsty kontakt. Inne bardzo, bardzo sporadyczny. Z jeszcze innymi urywa się on tuż po przekazaniu dziecka. To zawsze decyzja nowych rodziców dziecka. Jedni chcą, inni nie. Mają do tego prawo. To ich wybór, ich decyzja. I tę ich decyzję szanujemy.

Wszystko spakowane. W bagażniku duży bliźniaczy wózek. Chwilę potrwa, nim szpital wyda nam dziecko, nim zostaną wszystkie niezbędne formalności załatwione. W tym czasie ja zajmę się naszymi rezydentami. Pójdziemy pozwiedzać najbliższą okolicę.

Kierunek: Gniezno

Byleby wydostać się z miasta. Dzień piękny, słoneczny, wręcz upalny. Samochód nagrzany od słońca. Powoli wydostajemy się na trasę. Tu jedzie się już szybko, bez postojów w korkach; ruch niespecjalnie wielki, droga prosta, jak z bicza strzelił. Szybko posuwamy się naprzód. Po drodze tankowanie. Paliwo ważna rzecz. W powrotnej trasie nie będzie na to czasu. Mija godzina i dojeżdżamy do Gniezna. Teraz szukamy szpitala. W końcu się udaje. Parking. Wypakowuję wózek, przesadzam maluchy. Już się rozglądają ciekawie dookoła: gdzie to tym razem jesteśmy? Gdzie to tym razem będziemy spacerować? Spacer to podstawa ich krótkiej egzystencji, jeden ze stałych niemal codziennych rytuałów. Uwielbiają to. Idę pokręcić się po okolicznych uliczkach. Niezbyt daleko, by w razie czego szybko wrócić. Umawiamy się na telefon. Teściowa bierze nosidełko i idzie do szpitala odebrać nowe dwumiesięczne dzieciątko.

Robię kółko po najbliższej okolicy i powoli wracam. Dzieciaki wyspawszy się w samochodzie ani myślą zasypiać ponownie. Są już na tyle duże, że wszystko je interesuje, wszystko jest ciekawe, wszystko chcą obejrzeć. Uwielbiają spacerki, złaknione są świata. Gdy czasem pogoda nie sprzyja lub coś innego staje na przeszkodzie i nie mogę ich zabrać na długi dwu, trzy godzinny spacer, stają się nieznośne, ciężkie do zniesienia. Dla nich codzienny spacery to codzienna niezmienna rzeczywistość. To dla nich świętość. Coś tak naturalnego i oczywistego, jak jedzenie i picie. Znają to od zawsze. Od wielu miesięcy. Od dnia, gdy trafiły do naszego Pogotowia Rodzinnego. Dla jednego z tych dzieci to całe jego życie. Nie licząc tych dni spędzonych jeszcze w szpitalu zaraz po urodzeniu. Dla drugiego, miesiąc starszego nieco mniej, bo trafiło do nas jako półroczniak. Wracam zajrzeć na parking. Z daleka widzę samochód, uchylony bagażnik. Oho, jest mała. Przyspieszam powodowany ciekawością. Kim jest? Jaka jest? Jak wygląda? Jak się zachowuje?

Przepakowujemy moich spacerowiczów do fotelików. Wózek trafia na powrót w bagażnik. Maleństwo jest rzeczywiście maleńkie. Ma ledwo dwa miesiące. Nasze powoli zbliżają się do roczku. Jeszcze im brakuje, ale dawno już przekroczyły swoje półrocza. Przy nowym dzieciątku to prawdziwe dorosłe chabaski. Wielkoludziki. A tu taki drobiazg. Co prawda nie aż taki, jak te niemowlaczki, które do nas jako kilkodniówki trafiają. Takie to dopiero są drobinki. Niewiele większe od dłoni, na której je trzymam podczas karmienia. Mam na myśli oczywiście tułowie. A jak się jeszcze przy tym trafi wcześniaczek i ogólnie małe dzieciąteczko, to właściwie wystarczy jedna dłoń, aby je potrzymać na rękach. Niewiele z niej wystają. Taka cudowna kruszynka. Ta nasza nowa podopieczna aż taka maleńka znowu nie jest. Ale kontrastuje wielkością z resztą podopiecznych. I bladością. Spacerowicze, wiecznie przebywający na słońcu i to nie tylko teraz wiosną, ale i całą zimę, niemal codziennie, jeśli tylko pogoda pozwalała, a przecież zima byłą lekką, ciepłą i słoneczną, więc pozwalała, są opalone. Bardzo mocno opalone. Brązowiuteńkie. Teraz widać to szczególnie wyraźnie. Dotychczas nie rzucało się to aż tak w oczy. Przywykliśmy z dnia na dzień. A tu proszę: bladzinka. I od razu wszystko widać. I wielkość i opaleniznę. I czuć wagę naszych grubasków. Ona przy nich to pióreczko. Na razie. Ale to jej przejdzie. A i opaleniznę także wkrótce nabędzie.

Stoimy jeszcze na parkingu. Czekamy. Przyjadą tu po nas. Mała zaczyna popłakiwać. Daję mlesio. Ssie buteleczkę z zapałem. Szpital dał nam pełną butelczynę. Przed wyjściem pociągnęła z niej kilka łyczków i straciła zainteresowanie. Teraz też nie dopija całości. Ale sporo. Zostaje kilka, góra kilkanaście łyczków na dnie. Nie jest źle. Głodna nie jest. To ważne teraz dla niej.

Poznań, 2014.04.30 – 2015.01.22
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Tags: , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Społeczeństwo

About Adam Grzelązka,

Scroll Up