Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

26 maja 2017

Wspomnienia z lat pięćdziesiątych


staw_przy_domu_milosierdzia_sokolow_podlaski_mazowieckie_poland By Nasilowski – Praca własna, PD Wiki Commons

Mieszkałam na podlaskiej wsi, kilka kilometrów przed Bugiem Za rzeką ziemie były ubogie, piaszczyste. Mówiło się o tych terenach: laski, piaski i karaski. Gospodarstwa karłowate, biedne. Na terenach przed bużańskich ziemia była dobra, gospodarstwa też były małe. Moja rodzina miała pięć hektarów ziemi rolnej II i III klasy i pięć hektarów łąk i lasów i byliśmy uważani za średniorolnych. Tylko kilku rolników miało około dwudziestu hektarów. W czasach stalinizmu to byli kułacy. Moi kuzyni mieli właśnie 20 hektarów ziemi. Stale słyszeli , że są kułakami. Kiedyś wracali z pola ze swoją kilkuletnią córeczką. Krakały wrony. Ona odebrała to jako „kułakułakuła”. Rozżalona rzuciła w ich stronę kamieniem i powiedziała: „nawet wrony krzyczą kułak na nas”.

W latach  pięćdziesiątych były obowiązkowe dostawy  dla państwa. Pamiętam, jak rolnicy próbowali się wymigać od tych dostaw i jakie były z tym związane perypetie. To chyba był rok 51. Ogłoszono, że przyjeżdża komisja partyjno-rolna z powiatu, aby ustalać wysokość dostaw obowiązkowych zboża i mięsa od poszczególnych gospodarstw. Liczyła się nie tylko powierzchnia gospodarstwa ale i ilość dobytku.

Moja mama wpadła na pomysł, aby ukryć dwie krowy i tylko jedną zaprezentować komisji. W domu była babcia, mama, najstarszy brat i dwie moje starsze siostry, więc ja nie byłam już wciągana w prace gospodarskie. Uczyłam się, czytałam sobie książeczki, bawiłam się z kotkami i pieskiem. Ale w tym dniu, nie pamiętam dlaczego, na mnie wypadło, że właśnie ja mam z dwiema krowami iść na łąkę. Szłam i płakałam, bo bałam się, że nie trafię, ale nie było takiego problemu, bo krowy mnie same zaprowadziły.

Powinnam je była spętać ale zapomniałam. Położyłam się na trawie, zaczęłam czytać książeczki i po pewnym czasie zasnęłam. Krowy najadły się i poszły na inne łąki. Rozpoznał je sąsiad i postanowił przyprowadzić do domu.. Wkroczył z nimi na podwórko właśnie w momencie inspekcji. Nie tylko wydało się, że mamy trzy krowy, ale mama została posądzona, że zatrudnia też parobka, czyli „podwójny krwiopijca”. Obowiązkowe dostawy zostały nam zwiększone.

Dla dostaw obowiązkowych były ustalone terminy. Niektórzy rolnicy ich nie dotrzymywali. Władze uznały, że trzeba wobec miasta okazać postawę obywatelską i nie tylko zrealizować dostawy, ale zademonstrować, że rolnicy wypełniają ten obowiązek ochoczo, z radością. I wymyślono, że najlepiej będzie uformować ze spóźnialskich orszak. W wyznaczonym dniu przez wieś do gminy przejechały furmanki ze zbożem a na czele jechał wóz konny z harmonistą. Grajek wygrywał różne skoczne melodie a przy drodze zebrali się mieszkańcy i turlali się ze śmiechu. W następnym roku każdy starał się wywiązać z dostaw w terminie, żeby nie być dla wszystkich pośmiewiskiem.

Jeszcze tylko dodam, że kłamią dzisiaj ci ludowcy, którzy mówią, że wieś była zmuszona dostarczać miastu w ramach obowiązkowych dostaw wyznaczone produkty za darmo. Rolnicy otrzymywali zapłatę tylko, że były to ceny stałe, ustalone przez państwo. One były niższe od cen, jakie można było uzyskać na targu. tzn. cen spekulacyjnych (tak je oficjalnie określano). Dzisiaj niektórzy rolnicy pewnie cieszyliby się, że mają taki pewny rynek zbytu. Nawet kilka lat temu „Samoobrona” głosiła, że te ceny były wyższe, niż uzyskiwane za jej czasów na wolnym rynku.

Co rok listonosz dostarczał każdej rodzinie kalendarz rolniczy. To była taka wielka “cegła”, pachnąca jeszcze farbą drukarską. W latach stalinizmu na okładce była zawsze taka bardzo roześmiana traktorzystka radziecka. Moja babcia brała ten kalendarz, dreptała natychmiast do kuchni po nóż, siadała i wyskrobywała jej ten uśmiech. Mówiła przy tym “ona nie ma tam tak z czego się śmiać”.

Na akademii z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej w powiecie Sokołów Podlaski siedziało na podium bardzo ważne grono wojewódzkich i powiatowych dygnitarzy partyjnych. Jeden z nowo przyjętych członków partii ze wsi chciał podkreślić swój entuzjazm dla “ojca narodu”, wskoczył na mównicę i wrzasnął „Stalin to wielki EUGENIUSZ!”

Moi sąsiedzi chcieli trochę zarobić i zarżnęli swoje dwie świnki, żeby „po cichu” sprzedać mięso. Ubój na własne potrzeby był dozwolony kiedy gospodarz wywiązał się z obowiązkowych dostaw dla państwa i uzyskał w gminie stosowne zaświadczenie.

Oni tych formalności nie dopełnili. Nie wiadomo, czy milicjant trafił się we wsi akurat w tym czasie przypadkiem, czy ktoś doniósł; w każdym razie przyszedł do tych rolników i zapytał o pozwolenie na ubój. Gospodarz zaczął tłumaczyć, że świnka złamała nogę i dlatego był zmuszony ją zarżnąć i że mięso będzie wykorzystane we własnym zakresie.

Milicjant był spostrzegawczy, przyjrzał się i zapytał: „Obywatelu, wasza świnka miała dwa ogony?” I zabrał go do aresztu. Mnie mama wysłała do tych sąsiadów, żebym też kupiła mięso i akurat kiedy byłam, przyszła sąsiadka i zapytała: „Józefowo, a gdzie to waszego milicjant zabrał?” Józefowa warknęła: „Do pudła.” – A czemu?” – „Żeby się nie zniszczył.”

W tym czasie kilkunastu mężczyzn ze wsi siedziało w więzieniach; za posiadanie broni i udział w napadach i rabunkach, za podejrzenie udziału w bandach leśnych. Wtedy za takie przestępstwa były długoletnie wyroki, ale już w 1956 roku nastąpiła odwilż i większość więźniów politycznych wyszła na wolność. Nauczyciel z Seroczyna, który był moim wychowawcą w drugiej klasie, został w 1949 roku aresztowany za udział w jakimś napadzie i wrócił do szkoły po dwóch latach. We wrześniu 1950 roku został zamordowany kolejny, czwarty już naczelnik gminy Sterdyń. Zbrodni dokonali bandyci zza Buga. Wojsko ich ścigało. Kiedyś w nocy przyszło do naszego domu sześciu żołnierzy radzieckich i poprosili, aby mama znalazła dla nich jakieś bezpieczne miejsce, żeby mogli się kilka godzin przespać. Było już późno. Mama przyniosła im słomę i kilka godzin spali na niej na podłodze a ich dowódca chodził koło domu. O świcie wyszli, nie powiedzieli dokąd. Delegacja uczniów i nauczycieli z Łazowa uczestniczyła w uroczystym pogrzebie naczelnika gminy. W tym samym roku w zimie w rzeczce Struga znaleziono zamarzniętego noworodka. Długo trwało oczekiwanie na pogotowie lekarskie, które musiało przyjechać z Siedlec. Przez cały ten czas kilkoro uczniów i nauczycieli pełniło wartę przy zwłokach dziecka.

Moja mama była w 1950 roku sołtysem wsi Łazów. Wtedy to się nazywało „Przewodnicząca Gromadzkiej Rady Narodowej”. Była krótko, tylko jeden rok, bo spóźniła się z dostawami obowiązkowymi dla państwa i musiała zrezygnować z tego stanowiska. Pamiętam niektóre zdarzenia, związane z  działaniami mamy, jako gospodarza wsi. We wsi wybuchł pożar, paliły się czworaki (podobno jeden z mieszkańców celowo je podpalił). To były baraki, wybudowane przed wojną przez dziedzica dla pracowników folwarcznych. Schemat mieszkań był taki: wchodziło się do obszernej sieni, naprzeciwko drzwi wejściowych były dwie oddzielne izby i dwie izby po bokach. W każdej izbie mieściła się jedna rodzina a więc cztery łącznie; stąd czworaki. Pożar wybuchł w nocy, ludzie się uratowali, ale spaliło się im wszystko, łącznie z inwentarzem. Jeszcze przedwojenny zwyczaj nakazywał, aby wieś przyjęła pogorzelców. Niektórzy z nich sami znaleźli rodziny, do których się wprowadzili a innym sołtys musiał pomóc w zakwaterowaniu. Mieszkali do czasu wybudowania sobie domów. Wszyscy mieli ziemię z reformy rolnej.

Co pewien czas przychodził do naszego domu jakiś włóczęga. To był zwyczaj z dawnych lat, który utrzymywał się przez pierwsze pięćdziesiąte. Nazywani byli dziadami. To byli ludzie bezdomni i bez ziemi, najczęściej starzy, niezdolni już do pracy, czasami kalecy albo z widocznymi śladami chorób zewnętrznych, bez jakichkolwiek środków do życia i bez prawa do opieki lekarskiej. Sołtys miał obowiązek znaleźć przybyszowi zakwaterowanie na jedną noc. Zazwyczaj rodziny we wsi przyjmowały kolejno dziadów i zapewniały im nocleg i posiłek wieczorem, rano i w południe. Następnego dnia wędrowcy szli dalej, do najbliższej osady. Wieś była pogodzona z tym obyczajem, który panował od wieków, ale nowa władza dołożyła starań, żeby te wędrówki ludzi wkrótce ustały. Nawet najbiedniejsi dotychczasowi nędzarze zostali w Polsce Ludowej zauważeni i odzyskali ludzką godność.

W maju każdego roku we wsiach odbywały się przy kapliczkach majowe nabożeństwa. Co wieczór przychodzili mieszkańcy, klękali, odmawiali litanię i śpiewali pieśni maryjne. Również w Łazowie gromadzili się mieszkańcy przy kapliczce. Moja mama często jeździła na sesje do gminy a w maju po powrocie była proszona o poprowadzenie majowego nabożeństwa. Religijność na wsi była demonstrowana w latach stalinowskich, tak samo jak we wcześniejszych i jak  obecnie, ale zanikły, a w każdym razie zostały bardzo ograniczone, praktyki kołtuńskie, jak różnego rodzaju zabobony, wróżbiarstwo, znachorstwo, egzorcyzmy, itp.

Pozostałością biedy i wojny była gruźlica. Każdego roku przyjeżdżała na wieś ekipa z aparatem rentgenowskim i wszyscy mieszkańcy musieli stawić się na prześwietlenie płuc. W ten sposób epidemia gruźlicy została po pewnym czasie opanowana. Były też choroby dzieci z powodu niewłaściwej higieny. Do szkoły przyjeżdżała regularnie higienistka.

Ludność nie tylko zyskała dostęp do szkół, ale szerokim frontem na wieś docierała oświata. Prowadzone były różne pogadanki jak pielęgnować niemowlęta i starsze dzieci, jak prawidłowo żywić rodzinę, jak uprawiać wydajniej ziemię itp. Tego rodzaju porady znajdowały się w kalendarzach rolnika jak również na różnych kursach, szkoleniach, w organizowanych na wsiach klubo-kawiarniach i kołach gospodyń wiejskich. Po raz pierwszy w 1950 roku przybyło do Łazowa kino objazdowe. Filmy były oczywiście radzieckie. Pierwszy miał tytuł „Orzeł Kaukazu”

Były też akcje komiczne. Propaganda ówczesna głosiła, że amerykańscy imperialiści rozrzucili na polach stonkę ziemniaczaną. Uczniowie mieli frajdę, bo zamiast lekcji jeden cały dzień na wiosnę poświęcali na szukanie stonki. Od czasu do czasu przybywali prelegenci, przysyłani przez partię, którzy namawiali chłopów do wstępowania do spółdzielni produkcyjnych. Podlasie było odporne. Nie było prawie chętnych i niewiele spółdzielni powstało. Od 1956 roku już takich akcji nie było a spółdzielnie produkcyjne zostały rozwiązane.

Ze spraw obyczajowych zapamiętałam ostre reakcje środowiska wiejskiego na pojawienie się kobiet w spodniach. Kościół grzmiał, że to niemoralne, że to obraza boska, starsze zacofane kobiety wyszydzały a mężczyźni wyśmiewali się z tych młodych dziewcząt. Chłopcy śpiewali; „Zdejm te spodnie mała, byś po spodniach nie dostała. Zdejm te spodnie mała i sukienkę włóż.”

Od 1953 roku mieszkałam już w Warszawie. Niektóre zdarzenia z tamtych lat utkwiły w sposób szczególny w mojej pamięci. W latach 1953/54 chodziłam do siódmej (ostatniej) klasy szkoły podstawowej. Na lekcji języka polskiego przerabialiśmy m.in. „Mendel Gdański” Marii Konopnickiej. Przy tej okazji rozwinęła się ożywiona dyskusja na temat dramatu Żydów w Polsce w czasie okupacji niemieckiej. Nauczycielka (przedwojenna absolwentka polonistyki) powiedziała na zakończenie: „To przecież było jasne, że jak skończą z Żydami, wezmą się za Polaków”. Odebrałam to tak, że dla tej nauczycielki dramat zaczął się dopiero wtedy, kiedy Niemcy zaczęli mordować Polaków. Ja strasznie przeżywałam tragedię Żydów i nie mogłam pojąć takiego stanowiska, a to przecież ja pochodziłam z bardzo zacofanego, antysemickiego Podlasia. W siódmej klasie miałam za zadanie sporządzić jakąś okolicznościową gazetkę szkolną. Posmarowałam ją klejem i bezpośrednio przykleiłam do ściany. Dyrektorka uznała, że nie szanuję mienia państwowego i wyznaczyła mi wysoką karę. Moja koleżanka zachowała się niestosownie wobec kucharki. To było bardzo poważne przewinienie. Musiała przeprosić kucharkę i przez dwa tygodnie nie miała prawa nosić chusty harcerskiej. Wszyscy uczniowie nosili czerwone chusty. W czasach stalinowskich wtłaczano nam do głów w różnych formach (codzienne apele przed lekcjami, capstrzyki, akademie, pogadanki, szkolenia) zasady ówczesnego ustroju: przede wszystkim przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, konieczność walki o pokój, czujność przed zagrożeniami ze strony imperializmu zachodniego ale również wartości, które do dziś uważam za wysoko humanistyczne, czyli szacunek dla prostego człowieka i troska o mienie społeczne (wtedy mówiło się mienie państwowe).

W następnym roku, już w liceum, przerabialiśmy na jednej z lekcji języka polskiego utwory, które obrazowały nędzę chłopów w pańszczyźnianej i międzywojennej Polsce. Nauczycielka, staruszka przeczytała wiersz Władysława Syrokomli „Lalka” a później bardzo przejętym głosem zaczęła nam opisywać własne przeżycia i spostrzeżenia z całkiem nieodległych lat, bo kilkanaście lat przed wojną. Była guwernantką dla dzieci arystokracji. Na powitanie pani domu podawała jej z pogardą tylko końce palców. Ta polonistka mówiła wtedy do nas: „Dzieci, nie macie pojęcia, jakie macie szczęście, że przyszło wam żyć w Polsce Ludowej. Jesteście wszyscy równi i wszyscy macie jednakowe prawo do nauki”. My nie umieliśmy sobie tego wyobrazić: gruntownie wykształconej nauczycielce podaje kołtunka z wyższych sfer koniuszki palców.

Dla nas RÓWNOŚĆ była czymś tak oczywistym, jak powietrze.

W klasie było około trzydzieściorga uczniów: była córka dyrektora z Ministerstwa Kultury i Sztuki, córka kierownika Spółdzielni Produkcyjnej, syn oficera Ludowego Wojska Polskiego, Żydówka, przygarnięta przez małżeństwo – przedwojennego pułkownika i jego żonę po ukończeniu przed wojną pensji dla dziewcząt, była córka sekretarki, syn dyrektora kolei państwowych, moja mama była ekspedientką w sklepie, była córka nauczycielki muzyki, córka taksówkarza, była sierota, która po maturze wstąpiła do zakonu (wychowywała ją macocha, pracująca w fabryce Świerczewskiego), była koleżanka, której ojczym był ochroniarzem Bieruta, były dziewczynki z rodzin rzemieślników i dwie córki handlarek na bazarze.

Komunizm w Polsce był bardzo przewrotny, a nawet komiczny. Klasa rządząca tzn. rodziny robotnicze, chłopskie i inteligencji pracującej żyły bardzo skromnie, natomiast hulała prywatna inicjatywa. Należeli do niej m.in. tzw. badylarze, sałaciarze, handlarze, rzemieślnicy, prywatni taksówkarze. Właśnie uczennice z rodzin należących do prywatnej inicjatywy były w porównaniu z nami wszystkimi bardzo zamożne. Niezależnie od statusu materialnego wszystkie uczennice chodziły w granatowych fartuszkach z białymi kołnierzykami i one też nie miały możliwości zademonstrować w szkole swojej uprzywilejowanej pozycji. Nie było znane również pojęcie korepetycji. W szkole kolejni nauczyciele pełnili dyżury po lekcjach, prowadzili różne kółka zainteresowań a dodatkowo można  było poprosić o pomoc nauczyciela lub lepszego ucznia.

To była dobra szkoła. Już w wieku siedemnastu lat byłam na wydziale matematyki i fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i nie były mi potrzebne żadne dodatkowe lekcje przygotowawcze. Gdyby nie mój bardzo ciężki wypadek samochodowy na trzecim roku studiów, już w wieku 22 lat  miałabym dyplom uniwersytetu.

Kiedy potrzebowałam udokumentować znajomość języka rosyjskiego w mojej późniejszej pracy w handlu zagranicznym, również bez dodatkowych kursów zdałam egzamin państwowy. Nawet dzisiaj mogę wyrecytować np. „Odę do Młodości” A. Mickiewicza, „Aurea Aetas” Owidiusza, fragmenty „Oniegina” A. Puszkina, i jeszcze wiele innych wierszy, w tym poezji rewolucyjnej charakterystycznej dla tamtych czasów. Z wiersza „Lalka” W. Syrokomli, omawianego na wyżej wspomnianej lekcji pamiętam kilka zwrotek:

Niech lalka będzie grzeczna, nie płacze, nie beczy, ładnie mi się ukłoni i uszko nachyli,

A ja lalce opowiem wiele pięknych rzeczy, jak mi rodzice mówili.

W święto mama mię w nową sukienkę ubierze i różową przepaskę zawiąże u czoła,

Ja wtedy będę umieć francuskie pacierze i pojedziem do kościoła.

Toż to będzie się dziwić prostaków gromada! Bo nie przy nich pisane zagraniczne słowa

Mnie się głośno po polsku modlić nie wypada, czy to ja chłopka wioskowa?

Tylko ty tego nie wiesz – że my – to panowie, A jeszcze jest lud inszy, chłopami nazwany,

Którym Pan Bóg z niebiosów przykazał surowie, by pracowali na pany.

Brudne, brzydkie, pijane – czysto jak nędzarze W poszarpanych siermięgach ledwo włóczą ducha

Lecz sami sobie winni, to Bozia ich karze, że chłopstwo papy nie słucha.

Ot i wczora… gdy papa zasnął po obiedzie, Pytam się – czy to pięknie i co za potrzeba,

Weszli – zbrudzili pokój, krzyczą jak niedźwiedzie: Chleba panoczek!  Daj chleba…

Te sprawy nie były mi obce. Trochę więcej wiedziałam od moich warszawskich koleżanek o doli ludu wiejskiego i pogardy panów dla tego ludu przed wojną.

Jedna z koleżanek w szkole w Łazowie była córką byłej służącej we dworze u kilku kolejnych dziedziców. Koleżanka już tego nie wiedziała, ale jej starszy brat opowiadał, że byli bardzo biedni. Z niecierpliwością czekali na mamę, która czasami przynosiła kilka kromek chleba z pańskiego stołu. W latach pięćdziesiątych na wsi nie opłaciło się wypiekać chleba. Był tak tani, że wszyscy kupowali w spółdzielni. Słyszałam nawet takie rozmowy, że cena chleba powinna być wyższa, bo niektórzy rolnicy karmią chlebem konie.

W majątku w Łazowie był po pierwszej wojnie światowej taki dziedzic, który najstarszych pracowników folwarcznych kierował do obsługi bardzo niebezpiecznego buhaja. Po kilku miesiącach ten parobek już nie żył a dziedzic nie musiał wypłacać mu renty, którą nabył za wieloletnią pracę w folwarku. W ten sposób zginęło trzech starych mężczyzn we wsi.

Bardzo przejmującą historię opowiadała moja mama, która ukończyła szkołę rolniczą dla dziewcząt w Albigowej w woj. rzeszowskim. Szkoła mieściła się w dobrach Potockich. Mama miała okazję zaobserwować zarówno niektóre sceny z życia hrabiów jak i chłopów. Opowiadała, że każdego wieczoru matka hrabiego wychodziła na dziedziniec, gdzie czekała na nią orkiestra i grała wielmożnej pani przed snem.

Mama widziała również pracę kobiet u hrabiego. Na polu przy burakach pracowały od świtu do nocy a hrabia na zakończenie płacił liśćmi z buraków, tzn. za całą pracę kobieta otrzymywała jedną trzecią objętości liści z buraków, które wykopała, przeniosła i obcięła.

Niedawno oglądałam w telewizji program, w którym przewodniczka wycieczki a może kustoszka muzeum w Łańcucie opowiadała o wyjeździe hrabiego Alfreda Potockiego z Łańcuta. Podkreślała, jak wielkim był patriotą i jak bardzo musiał kochać Polskę, bo świadkowie jego wyjazdu widzieli w jego oczach łzy. Ja wiem, że uciekał przed rewolucją społeczną, która niewątpliwie by go dosięgła i że wywiózł wiele wagonów różnego rodzaju dóbr z posiadłości w Łańcucie. Nie zastanawiałabym się nad łzami tego wielmoży natomiast wyobrażam sobie łzy dzieci, które czekały na mamę po pracy i które musiały żuć liście buraczane, bo to była cała  zapłata za pracę.

W latach stalinizmu o polityce można było rozmawiać tylko w zaufanym gronie. Nie wolno było w ogóle wymawiać takich słów, jak partyzanci, AK, Szare Szeregi, Powstanie Warszawskie.

W pieśni „Nie szumcie wierzby nam…” słowa „bo w partyzantce nie jest źle” były zastępowane zwrotem „bo na wojence nie jest źle”. O AK ostrożnie mówił ksiądz, do którego chodziliśmy na katechezę. Wyjaśnił nam, że jeśli będzie przesłuchiwany powie, że AK to znaczy „Akcja Katolicka”. O Szarych Szeregach nie wiedziałam nic. Koleżanki zabierały mnie na cmentarze. One wiedziały, gdzie są mogiły młodzieży harcerskiej i tam zapalałyśmy lampki. O Powstaniu wiedziałam tylko tyle, że łuna nad płonącą Warszawą była widoczna na mojej wsi a to było 120 km od stolicy. Pomagałam kiedyś jednej z koleżanek w lekcjach u niej w domu. Kiedy jej mama dowiedziała się, że jestem z prowincji, zaczęła gorzko komentować chciwość i bezwzględność ludzi ze wsi, przywożących do walczącego miasta podstawowe produkty. Mówiła, że za bochenek chleba i osełkę masła warszawianki oddawały złotą biżuterię, ślubne obrączki. Jak mało wtedy wieś wiedziała o sytuacji w walczącej stolicy, ale również warszawiacy mieli słabe pojęcie o życiu na wsi w czasie okupacji. Niemcy przez cały czas zabierali młodych ludzi na roboty do Niemiec, konie i krowy dla swojej armii, ale podczas ucieczki przed Armią Czerwoną w 1944 roku zabierali wszystko, co znaleźli w gospodarstwach.

Opowiadał mi jeden z mieszkańców Łazowa, jak kiedyś złapał go Niemiec (Niemcy mieli w czasie okupacji w kilku domach na wsi swoje kuchnie) i zażądał, żeby on przyniósł mu kilka jajek. Chłopiec miał dziesięć lat. Próbował wytłumaczyć, że nie ma takiej możliwości, wtedy Niemiec spuścił go głową do studni i tak długo trzymał za nogi, aż chłopak przyrzekł, że jajka przyniesie. Musiał uciec po tym incydencie do swojej babci na inną wieś, bo bał się, że Niemiec go utopi. Powiedział mi: Skąd ja miałem wziąć jajka? My żywiliśmy się cebulą, lebiodą i szczawiem”.

Tags: , , , , , , , , ,

31 komentarzy “Wspomnienia z lat pięćdziesiątych”

  1. Inicjator
    12 września 2016 at 05:08

    Piękne i bardzo interesujące.

  2. Wierny czytelnik
    12 września 2016 at 06:12

    Dla nas RÓWNOŚĆ była czymś tak oczywistym, jak powietrze. – niestety dla nas już nie jest. Miała pani wielkie szczęście żyć w tych trudnych czasach, dzięki pani wspaniałemu świadectwu ludzie mogą przybliżyć się do prawdy o naszej socjalistycznej Ojczyźnie. Kłamstwom trzeba się przeciwstawić. Niech żyje pamięć Polski Ludowej!

    • krolowa bona
      14 września 2016 at 15:07

      @Wierny czytelnik
      Przylaczam sie do komentarza, ROWNOSC OBYWATELI WOBEC PRAWA TO WIELKA RZECZ, A ILE JA CENIC TRZEBA, TEN TYLKO SIE DOWIE, KTO JA STRACIL !!!
      Po przeto NIECH ZYJE PAMIEC POLSKI LUDOWEJ !!!

  3. wlodek
    12 września 2016 at 07:02

    Obecni przywódcy szkalujący ustrój Polski Ludowej to ludzie których rodziny nie mieli źle zarówno przed jak i po wojnie! A dzisiaj szkoda gadać!

    • Rysa
      12 września 2016 at 11:30

      Włodek, nie do końca masz rację. Weź przykładowo takiego L.Wałęsę, którego pochodzenie raczej nie świadczy o dobrobycie rodzinnym.A jego postawa po dojściu do władzy wynikła ze zwyczajnej pazerności.Dlatego oceniam, że decydującą cechą o przyzwoitym zachowaniu się danego człowieka jest charakter uwarunkowany genetycznym pochodzeniem i sposobem wychowania.
      Wszak stare przysłowie ludowe mówi “czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość pachnie”.
      PS. Stukrotną rację ma @Wierny czytelnik i @jerzyjj, że to co dała swojemu społeczeństwu Polska Ludowa to były najlepsze lata w historii Polski i dlatego należy o tym stale przypominać dając młodszemu pokoleniu świadectwo prawdy.
      Pozdrawiam Cię wraz z Mykołą, a także wszystkich wiernych czytelników OP.

      • krzyk58
        12 września 2016 at 13:45

        Panie Rysa – tak jakoś dziwnie (a może i nie) złożyło się po 89′ że co i rusz we wspomnieniach
        “naszych pieszczochów” wychodzi na to że nikt nie miał
        związków z warstwą plebejską – oni wszyscy
        to w najgorszym przypadku “zdefraudowana -“za cara”
        inteligencja” 🙂 z pochodzenia co najmniej
        szlachta zaściankowa…pra-babcie pieliły malwy
        pod oknami dworków wyłącznie w rękawiczkach, a pan domu, jeśli(już) powoził to wyłącznie ze stanowiska właściwego i należnego z tytułu “urodzenia”…przednie miejsce powozu zarezerwowane było TYLKO dla stangreta – woźnicy.
        Nie przeczę, znam nieźle ‘kroniki rodzinne” 🙂
        Większość dzisiejszej “ELITY” (solidarnościowo-katolickiej) winna dawać na mszę
        za “złom komunem”, gdyż dzięki niej miała
        szansę wyrwać się z suteren i czworaków,
        a w podzięce….dziś oni nie lubią gdy przypomina się ‘onym’ iż byli gołodupcami,
        a wszystko zawdzięczają Polsce Ludowej…
        Wdzięczność(wrodzone poczucie godności) plebejusza…

  4. jerzyjj
    12 września 2016 at 07:14

    Nie rzucę kamieniem w PRL
    Pierwszy raz od stuleci w 1945 roku prosty chłop i robotnik polski zyskał dostęp do dóbr cywilizacyjnych i kulturalnych mógł się leczyć, uczyć, korzystać z rozrywki. Tracąc władzę i majątki w 1945r. burżuazja i kościół, nie mógł się pogodzić z tym faktem i wszystkie zakręty w PRL-u sprytnie sterowano rękami robotników, w końcowej fazie /1989r./
    “Przewodnia siła narodu”, SOLIDARNOŚĆ – pokazała Polakom śrokowy palec.
    ———–
    http://lustracja.net/index.php/ciekawe-publikacje/164-michnik-my-wezmiemy-wladze-a-wy-polacy-pojdziecie-z-torbami
    ———–
    Potępia się wszystko co zostało zrobione przez naszych rodziców z naszym udziałem.
    Okres PRL to największe osiągniecie ostatnich 100-u lat !!!
    ———
    http://bialoczerwonagwiazda.bloog.pl/id,339021464,title,Nie-rzuce-kamieniem-w-PRL,index.html?smoybbtticaid=617b6e
    ———
    http://okres-prl.blog.onet.pl/2012/01/31/odezwa-do-mlodego-pokolenia-to-nie-komuna-zabrala-miejsca-pracy/
    ———

  5. krzyk58
    12 września 2016 at 08:41

    Bardzo realistycznie napisane…piewcom “którejś
    tam” RP a zwłaszcza II, do analizy. Tak naprawdę ówczesne państwo było było klęską,wrogiem(znam tamte fakty z opowiadań rodzinnych) dla pewnie około 80% gorszych,pogardzanych “obywateli”, z zachowanymi strukturami ustroju feudalnego,świetnie zakonserwowanego chyba jedynie w “Polszcze” zwłaszcza na wschodnich kresach….

    https://marucha.wordpress.com/2016/09/06/nie-wolno-budowac-przyszlosci-na-falszu-i-obludzie-zaklamaniu-lekcja-historii/

    Pisze Pani o współczuciu dla Żydów – to na pewno było
    i jest szlachetne uczucie – jednak i “tutaj” są dwie strony medalu,o czym by warto wspomnieć choćby po to by nie zafałszować ówczesnego stanu stosunków społecznych “(…)Maria Dąbrowska w swoich dziennikach pisała pod datą 17 czerwca 1947 r.: “UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów. W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd nie miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków”.

    A pod datą 27 maja 1956 r. ta sama Dąbrowska pisała: “Ostatnimi tygodniami byłam w Nieborowie w towarzystwie samych Żydów oprócz Anny i Bogusia. Częste ich rozmowy o wzrastaniu antysemityzmu. Czemu dziś sami są częściowo winni – bo jak można było dać sobą obsadzić wszystkie ‘kluczowe pozycje’ życia Polski: prokuratury, wydawnictwa, ministerstwa, władze partii, redakcje, film, radio itp.”.
    Przypominam (sobie) scenkę rodzajową – elegancki lokal
    w Warszawie lata 50′, zajęte wszystkie stoliki …
    “piją, lulki palą” – ożywione rozmowy. W pewnej chwili pada “czyjeś” retoryczne pytanie – czy jest tu jakiś Polak? Wówczas wzrok
    bywalców lokalu pada na… kelnerkę i sprzątaczkę!
    I o TYM należy pamiętać!

    Nawiązanie muzyczne:

    https://www.youtube.com/watch?v=HfeJbzHLURw

    https://www.youtube.com/watch?v=9uIZeC5zxrY

  6. jerzyjj
    12 września 2016 at 10:11

    SZANOWNA AUTORKO.CHYLĘ CZOŁO.
    Wielkie dzieki,że tym swoim artykułem przebiła sie Pani ponad te pierdoły wypisywane przez omnibusa Krakauera.Tak trzymać.

  7. wlodek
    12 września 2016 at 13:04

    Rysa,masz racje ,ale jego pochodzenie robotnicze i chłopskie zostało wykorzystane przez możnych tego świata,a z drugiej strony wyjątek nie świadczy o regule,Dzierżyński pochodził z bogatej szlacheckiej rodziny!Pozdro!!!!!!

  8. Mykoła
    12 września 2016 at 16:22

    Szanowna autorko ja też chylę czoło i wy wszyscy komentatorzy , wszyscy macie RACJĘ i ja zgadzam się z wami jak również z Krzykiem58. Często się zastanawiałem i do dziś nie mogę pojąć, że biedota chłopska, robotnicza pokończyła szkoły, zdobyła wykształcenie, była w partii a jak przyszła solidarność nie przyznawała się do swoich korzeni. Mało tego ci pseudo bogacze byli często największymi wrogami USTROJU, który im zapewnił niezłe życie. W moim miasteczku jest ich wiele, już są emerytami i dzięki PRL mają jeszcze niezłe emerytury. Kiedyś przeczytałem notatkę o senatorze Gilu, przyjechał z zadupia ukończył technikum zapisał się do partii /PZPR/ i gdyby nie PRL w życiu by nie był senatorem a zwłaszcza w II RP, żaden człowiek z nizin – czyli cham tak towarzyszu Gil. Pozdrawiam wszystkich zdroworozsądkowych czytelników OP.

  9. Ewa Gąsowska
    12 września 2016 at 18:02

    Szanowni Państwo,
    piszę w imieniu Autorki, Pani Krystyny Badurki_Rytel, która poprosiła mnie, bym w Jej imieniu podziękowała i pozdrowiła dyskutantów. Nie może brać udziału w dyskusji ponieważ ma problem z komputerem ale zapewnia, że po usunięciu przeszkody, sama ustosunkuje się i zabierze głos w dyskusji.

    Pani Krystyna pięknie opisuje czasy, które minęły i których była świadkiem i pięknie pokazuje awans cywilizacyjny, upośledzonych pod każdym względem przez wieki, chłopów. Tak, w okres PRL, poprzez system kształcenia, zapewnienia podstawowych praw socjalnych, stworzenia milionowych, nowych miejsc pracy a także wybudowania nowych domów mieszkalnych i adaptacji do nowych nowoczesnych warunków staliśmy się społeczeństwem industrialnym i państwem, które mogło konkurować na rynku globalnym. Byliśmy tak pewni tego, że nie może być inaczej, że zatraciliśmy instynkt zachowawczy i dzisiaj, gdy utraciliśmy wszystko i dotykają nas przykre konsekwencje zmiany ustroju, pozostaje nam jedynie bezsilność i bezradność. Przez 27 lat odebrano większości społeczeństwa podstawowe prawa związane z prawami człowieka i nikt nie upomina się np. o Kartę Praw Podstawowych będącej immanentną częścią Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, który to traktat został w czasach głębokiej komuny, przez państwo polskie podpisany. Nikomu nie przeszkadzają nierówności społeczne, nikomu nie przeszkadza dominująca rola polityczna kościoła katolickiego i w ślad za tym nikomu nie przeszkadza zbrodnia dokonywana przez ten kościół,na myśli ludzkiej i na świadomości ludzkiej. Powoli odczłowieczamy się. Żal, że ten okres nie trwał długo (45 lat) i żal, że nie dokonaliśmy bilansu tego okresu. bilansu naukowego a nie propagandowego. Wprawdzie ukazują się różne książki o dokonaniach okresu PRL ale brak opracowania całościowego. I pewnie go już nie będzie bo każda myśl socjalistyczna czy komunistyczna jest duszona w zarodku a wszystko wskazuje na to, że będzie bezwzględnie tępiona. No cóż, szkoda że za cenę spokoju społecznego, w tym okresie nie podjęliśmy szerokiej dyskusji światopoglądowej i dlatego dzisiaj puszy się i panoszy zwyczajny kołtun a bogiem jest tylko pieniądz. Zakończę cytatem “Miałeś chamie złoty róg…”.

    • wlodek
      12 września 2016 at 19:27

      Pani EWO,gratuluje komentarza myślę że p.Krystyna po przeczytaniu będzie z Pani dumna.Zapraszam na łamy O.P.!Pozdro.

    • krzyk58
      12 września 2016 at 20:21

      Pisze p.Ewa(w imieniu autorki tekstu),cytuję: “Byliśmy tak pewni tego, że nie może być inaczej, że zatraciliśmy instynkt zachowawczy”.Niestety,to prawda,
      o czym niejednokrotnie wspominałem na łamach OP.

  10. wieczorynka
    12 września 2016 at 21:25

    Większość Polaków ma podobne wspomnienia, ja z pewnością, różnią się niewiele. Moi rodzice wyjechali w 1946 roku na Ziemie Odzyskane z Mazowsza z powodu biedy w tamtym regionie. Otrzymali ziemię z reformy rolnej i czuli się nareszcie wolnymi ludźmi. Tato został sołtysem no i przyszedł czas zakładania spółdzielni produkcyjnych, we wsi zrobiono ważne zebranie i namawiano aby taką spółdzielnię otworzyć, sołtys stwierdził, że sam sobie nie będzie pętli na szyję zakładał i wyszedł z sali a za nim większość chłopów – spółdzielnia nie powstała a mój Tato przestał być sołtysem, wówczas mieszkali tam imigranci zza Buga, Łemkowie, Ukraińcy i ci z Centrali jak mawiano. Wszyscy byli sobie sąsiadami i wzajemnie pomagali. Później była 7-klasowa szkoła podstawowa i liceum w małym miasteczku. Ze studiami w moim przypadku było gorzej – były egzaminy na których wymagano, była też ograniczona ilość miejsc. Za pierwszym razem oblałam, za drugim razem zdałam ale za słabo, udało się za kolejnym razem. Następne to praca w dużym mieście gdzie czułam się fatalnie, zatem powrót do korzeni czyli na Warmię gdyż tam się urodziłam. Jest to kolejny artykuł napisany przez Panią, który czytam. Serdecznie Pozdrawiam.

  11. Tomek
    13 września 2016 at 13:21

    za ta propagande Powinni was razem ze Sputnikiem wsadzic w jedna rakiete i wystrzelic w kosmos za ta sowiecka propagande ( i tak wiem ze ten komentarz wykasujecie 🙂 ) …

    JAK PAN WIDZI – NIE WYKASOWALIŚMY, A ZA PORÓWNANIE DO TAK ZNAMIENITEGO PODMIOTU – BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJEMY, TO JEDNO Z NAJWYŻSZYCH WYRÓŻNIEŃ, A DODAM TYLKO ŻE JEŻELI BYŁABY TO ROSYJSKA RAKIETA, TO NA PEWNO BY SIĘ TO UDAŁO. SERDECZNIE POZDRAWIAM WEB. JÓZ.

  12. MvS
    13 września 2016 at 14:40

    Przyjemnie się czyta. Wszystko sielsko, pięknie, równo tylko te konuszki palców mnie rozwaliły. „Na powitanie pani domu podawała jej z pogardą tylko końce palców”. Pani domu nie podawała CAŁEJ dłoni tak jak pan domu. Tak wypadało czynić i tak ja to zapamiętałem. Babcia mojej żony tak dłoń na powitanie podawała. Siostra dziadka też. Nie było w tym żadnej pogardy, lecz obyczaj. Być może nawet maniera. Pogardy na pewno nie.
    Ot, guwernatka kołtunką nazwała [w myślach] panią a tak naprawdę sama się nią być okazała.

  13. MvS
    13 września 2016 at 14:49

    Przyjemnie się czyta. Wszystko sielsko, pięknie i równo tylko te konuszki palców mnie rozwaliły. „Na powitanie pani domu podawała jej z pogardą tylko końce palców”. Pani domu nie podawała CAŁEJ dłoni, tak jak pan domu. Tak wypadało czynić i tak ja to zapamiętałem. Babcia mojej żony podawała w taki spoób dłoń na powitanie. Siostra dziadka też. Nie było w tym żadnej pogardy, lecz obyczaj. Być może nawet maniera. Pogardy na pewno nie.
    Ot, guwernatka kołtunką nazwała [w myślach] panią a tak naprawdę sama się nią być okazała.

    • Krystyna Badurka-Rytel
      13 września 2016 at 17:22

      Dama może podać końce palców mężczyżnie, o którym wie, że ma zwyczaj całowania w rękę. Nigdy kobieta kobiecie nie podaje w taki sposób dłoni. To manifestacja pogardy a odbierane jest przez osobę witaną jako brak manier.

      • MvS
        13 września 2016 at 21:04

        Zgadza się. Nie pisałem, że chodzi o damy lecz o domniemana pogardę z jeden strony a manieryzm z drugiej. Być może pamięć mnie zawodzi, niemniej dałbym głowę, że kobieta nie witała się “szuflą” z inna kobietą. Czasy się zmieniły, obyczaje też i dla tych “dam” na tego rodzaju powitanie nie było miejsca w ich ograniczonym przez konwenanse zestawie zachowań. Ucałowania dla rodziny, dygnięcie dla młodszych, pokłony dla służby.

  14. Krystyna Badurka-Rytel
    13 września 2016 at 14:50

    Szanowni Państwo! Wczoraj nie miałam połączenia ze zdalnym komputerem a dzisiaj już Internet zaczął działać.
    Przeczytałam uważnie wszystkie komentarze. Wiem, że to Portal, gdzie Komentujący charakteryzują się wysoką wiedzą i elegancją i że nie spotka mnie tu żaden epitet w postaci “komuch”. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak pochlebne będą komentarze na temat mojego artykułu. To bardzo miłe zaskoczenie. Pani Ewa Gąsowska swój komentarz wywindowała na takie wyżyny intelektualne, (poznać Mistrza) że mój tekst przy nim zbladł.Bardzo dziękuję Pani Ewo za zastępstwo. Wszystkich Państwa serdecznie pozdrawiam 🙂

  15. krzyk58
    13 września 2016 at 16:30

    Niestety,także i TU trafiają nawiedzone czy
    skrzywione osobowości w postaci np.’Tomków”…czy atomków.Takich wysyłać należy nie w ‘kosmos’ – oni
    bez expedycji lawirują w wirtualnym kosmosie – tam zanieczyszczali by środowisko naturalne, a do “ojczyzny demokracji i praw człowieka” . 🙂

    https://www.youtube.com/watch?v=8kMBU5uzfTA

  16. Grzegorz z Kotliny Kłodzkiej
    13 września 2016 at 20:37

    Mój wujek nie opowiadał nigdy tak pięknie jak Pani, wyśmiewał za to wszelkie inwestycje, wszelkie nowe pomysły władzy, podejrzewał kradzieże w zakładach przemysłowych i nie wierzył słowom nowopolskich. Był zecerem, pracował też w Ormo, na łódce pilnował porządku na kąpieliskach. Ileż razy się kłóciliśmy, ja 25 letni dzieciak zachwycony kapitalizmem nie mogłem go zrozumieć, nie potrafiłem pojąć jego wartości bo zły ich obraz w głowie miałem. Skrzywiony. Zdążyłem, chwała Bogu, przed śmiercią jego w tym roku przyznać mu rację…we wszystkim. Pani Krystyno, więcej proszę i pozdrawiam.

    • Krystyna Badurka-Rytel
      13 września 2016 at 22:49

      Panie Grzegorzu, Pan napisał pięknie, bardzo wzruszająco o tym, jak był Pan na początku zafascynowany nowym porządkiem i nie mógł zrozumieć swego dziadka a w końcu przyznał Pan mu rację. Jestem pewna, że gdyby dziadek mógł to przeczytać, byłby z Pana bardzo dumny.
      Serdecznie Pana pozdrawiam i dziękuję za taką miłą opinię o moim artykule. Przygotowuję książkę właśnie taką wspomnieniową, może uda mi się ją wydać jeszcze w tym roku. Poinformuję Szanowną Redakcję kiedy będzie gotowa. .

  17. Lech
    14 września 2016 at 10:03

    Niestety moja pamięć zaczyna się w latach 50-tych, ale tak pamiętam z tamtych lat wieś świętokrzyską, na którą jeździłem na wakacje z Łodzi. Pamiętam opisywanych, ale łódzkich dziadów żebrzących po ulicach, przepełnione ludźmi sutereny i poddasza. I nagle to wszystko znikło. Zaczęło się inne życie, takie jak Autorka opisuje. Mam jedną prośbę do starszych ludzi dobrej woli. Piszcze pamiętniki. Piszcie jak potraficie. Jeżeli nie chcecie przyznać się do korzeni, bo zafundowaliście sobie fałszywą osobowość, piszcie pod pseudonimem, ale dajcie świadectwo prawdzie. Wielokrotnie na wielu forach pisałem, że PRL był najlepszym okresem w historii Polski. Autorce dziękuję. Tak właśnie pamiętam swoje dzieciństwo. Dzieciństwo miałem szczęśliwe.

    • krolowa bona
      14 września 2016 at 14:47

      @Lech
      Tak, PRL byl najlepszym okresem w historii Polski

  18. krolowa bona
    14 września 2016 at 16:24

    Zaiste, tekst piekny i bardzo interesujacy, wnosi do brzemiennej w skutki historii Polski nieoceniony dowod jej losow i daje swiadectwo zaistnienia warunlow spoleczno-politycznych niejako idealnych, z bogata kulturowa otoczka codziennych dni, wnosze jednak o sprostowanie pewnego terminu jezykowego uzywanego i tu na lamach OP i czesto i gesto gdzie inndziej w calej Polsce, chodzi o termin jezykowy ” komunizm”, rzeko mial on byc w Polsce Ludowej, co zupelnie nie odpowiada prawdzie , gdyz ustroj polityczny koncentrowal sie na aktywnej budowie stosunkow rownosci spolecznej z zastosowaniem interwencjonalizmu panstwowego i spelnieniem przeslanek Karty PRAW CZLOWIEKA I OBYWATELA ONZ, co sie w bardzo wysokim stopniu udalo, ale srodki produjcji absolutnie podobnie jak np. we Francji i poczatkowo i w W.Brytani do ery Maggi Thucher nalezaly: wielkie galezie przemyslu jak hutnictwo, kopalnictwo, stocznie, koleje zelazne, poczta, elektrownie i sieci przesylowe, wodociagi, wiezienictwo itd.byly w reku panstwa tj.”narodu”, takze wielkie muzea i teatry, szkolnictwo i lecznictwo ze sluzba medyczna,BANKI, trasy drogowe i mosty, parki, znaczna czesc lasow, brzegi rzek i brzegi morskie, porty lotnicze i zeglugi morskiej i srodladowej
    itd.to nalezalo do narodu / “National Museum, National Teatr, Francuskie Koleje
    Panstwowe i…i….i…/ przedsiebiorsta srednie i male, rolnictwo, handel byl wraz ze srodkami produkcji w rekach prywatnych…handrl i rzemiodlo w Polsce Ludowej bylo prywatne lub spoldzielcze, nigdy nie nalezaly calkowite srodki producji jakies tam konunie, ktora to rozdzielala pod koniec miesiaca lub roku po rowno kazdemu jakos tam ” dole” do zycia, dawala jednakowe ubrania i buty i obowiazkowo trzeba bylo spozyeac te same ” zupe rekreacyjna”… stosunki producji i srodki producji byly w Polsce Ludowej prawie idealnie zorganizowane i dla ludzi z inicjatywa producyjna wszelakie mozliwosci lacznie ze spoldzielczymi bankami rolniczymi czy dla rzemiosla, moj ojciec np.korzystal z bankow spoldzielczych na hodowle ryb, zakup maszyn do przetworni owocowo-warzywnej, ktorych bylo w PRL b.b.duzo i wszystkie byly zjednoczone w “Zjedoczeniu HORTEX”.. .. niemoge przeto zgodzic sie z takim wykladem “KOMUNIZM W PRL…” gdyz go w Polsce i nawet w Rosji Radzieckiej nie bylo, mimo wielkiej kolektywizacji tamtejszego rolnictwa. Polacy sa bardzo pomyslowi i bardzo pracowici, gdyby nie sankcje gospodarcze w tym handlowo-technologiczne “zachodu” i tzw.”zimna wojna” to bylby wielki dobrobyt w tym niezbedne dewizy dolarowej strefy platniczej i za tym idaca wielka konkurencje dla “zachodu”, dlatego te obsrtrukcje. Na “zachodzie” wszyscy Polacy w oczach tamtyvh ludzi a to z uwagi na smykalke do intetesow i wielka pracowitosc uwazani sa za “zydow” ktorych wiekszosc na tym forum poniza i obwinia za wszelakie zlo . !!!
    Rzemioslo i tzw.rekodzielo artystyczne z absolutnie wszystkimi dziedzinami z meblarstwem, bizuteria , “architektura obuwia”, kaletnictwem, wlokiennictwem recznym i mechanicznym, futrzarstwem i kozucharstwem stalo w PRL na jednym z najwyzszych poziomow swiatowych a nie zdolam omowic wszystich aspektow tego fenomenu ! To dzisiejsze “palkowanie” calego dorobku Polski i PRL i jej zaslug towna sie temu, co robi tzw. “Panstwo Islamskie” z zabytkami Babilonu…rozbijanie na miazge…

  19. Krystyna Badurka-Rytel
    14 września 2016 at 21:29

    Szanowna Pani krolowa bona

    Komunizm w odniesieniu do Polski używam w formie prześmiewczej. Powinnam zastosować cudzysłów. Przez nieuwagę pominęłam,(chociaż z treści to chyba wynikało) ale to się bardzo dobrze stało. Nie mielibyśmy szans przeczytać tak wartościowego komentarza, który bardzo poszerza wiedzę o Polsce Ludowej. Zgadzam się całkowicie z zaprezentowanym przez Panią wywodem i jestem bardzo Pani za niego wdzięczna.

    Wszystkich Państwa serdecznie pozdrawiam

    • krolowa bona
      14 września 2016 at 23:25

      @Krystyna Badurka-Rytel
      Piekne dzieki, bardzo mi przyjemnie
      ♡♥ pozdrawiam Pania i wszystkich bywalcow i komentatorow klubu OP

  20. Lech
    14 września 2016 at 22:37

    @królowa bona. Sięgam pamięcią wstecz i konfrontuję swoje obserwacje ze swoimi aktualnymi doświadczeniami. Na innym forum wdałem się w bijatykę o terminy, ideologię i polityczną praxis. Czytam Ciebie i dochodzę do wniosku, że mimo ułomności i wad, to właśnie PRL był najbliższy realizacji haseł rewolucji francuskiej: egalite, fraternite i liberte, chociaż to ostatnie kosztowało nas wojnę domową 1944 – 1952 i jej reminiscencje, które zakończyły się dopiero w 1956 roku. No a poza tym było już normalne życie. Jak w innych krajach. Było biedniej. Ale ludzie częściej się do siebie uśmiechali i byli wobec siebie bardziej życzliwi. Poza tym Polacy w ogóle nie znają podstawowych definicji w tym komunizmu, socjalizmu itd. Terminy te wykorzystują w konotacjach pejoratywnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

About Krystyna Badurka,

Scroll Up