Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

24 lipca 2017

Obrazki z ZSRR (cz.3)


800px-Gasoline_in_mason_jar Автор: Burger – собственная работа, Общественное достояние, Wiki Commons

Zawróceni z drogi wiodącej najkrótszą trasą wiodącą do Leningradu, zgodnie z poleceniem radzieckiej drogówki – ruszyliśmy w kierunku Mińska. Droga była piękna i szeroka, gdzie niegdzie trwały zakrojone na szeroka skalę prace drogowe mające zrobić z traktu drogę szybkiego ruchu czy może autostradę. Wszak za parę lat odbędzie się pierwsza w krajach socjalistycznych olimpiada!

W czasie jazdy cały czas oglądane były mapy, – bo postanowiliśmy próbować jakiegoś skrótu. Straciliśmy już kilka cennych godzin a nadkładanie drogi nam się wcale nie uśmiechało. Myśl o „przebijaniu się” przez wielomilionową Moskwę do Leningradu budziła dreszcz przerażenia…

Droga wiodła przez samo centrum Mińska. Miasto zrobiło na nas pozytywne i niemal oszałamiające wrażenie. Szerokie ulice, niewielki ruch, dobre oznaczenia. Ale trzeba było w którymś momencie zjechać na lewo. Nie posiadaliśmy dokładnego planu Mińska, więc kierowaliśmy się zdrowym rozsądkiem i drogowskazami. W pewnym momencie dojechaliśmy do będącego w przebudowie ogromnego ronda z wieloma wyjazdami. Znaków drogowych nie było, bo były zdemontowane. Wokół uwijali się robotnicy i maszyny budowlane. Był i wielki „post GAI”, ale z uwagi na roboty drogowe zasłonięty górą ziemi. Ponieważ nie było znaków drogowych wskazujących, w jakim kierunku prowadzą poszczególne zjazdy z ronda, chyba coś pobłądziliśmy i po kilkukrotnym kręceniu się dookoła, zjechaliśmy z ronda „na czuja”. Zatrzymaliśmy się za rondem i już mieliśmy się kogoś pytać o drogę, jak zatrzymał się koło nas niebieski Moskwicz. Podbiegłem do okna które się otworzyło. Pani znajdująca się na miejscu pasażera, czystą polszczyzną zapytała: „gdzie jedziecie?”. Odpowiedziałem, że do Leningradu, najkrótszą drogą. Odpowiedziała: „jedźcie zaraz za nami, my Was wyprowadzimy z miasta. Jakby ktoś pytał, to nie rozmawialiśmy ze sobą i się nie znamy!”. Podziękowałem jak mogłem najserdeczniej, dobiegłem do ojcowego Trabanta i krzyknąłem do Taty – „za nim!”. Moskwicz wykierował nas na lokalną drogę, którą potem dotarliśmy do Dyneburga.

Po kilkunastu kilometrach pilot zatrąbił, po błyskał kierunkowskazami i zjechał na prawo. Jeszcze się zatrzymał, a kierowca przez okno pomachał nam serdecznie i pokazał, że musimy dalej jechać na wprost.

Jechaliśmy przez chyba typową, białoruską prowincję. Wszystkie czarne scenariusze na temat „radzieckich” dróg i tamtejszych „dzikich kierowców” zupełnie się nie sprawdziły. Już Mińsk zaskoczył nas bardzo pozytywnie. Miasto wielkości Warszawy a żadnego trąbienia na nas czy pukania się w czoło. Ludzi dobrze ubrani, uśmiechnięci a mimo wakacyjnej pory sporo młodzieży na wszystkich ulicach.

Zaskoczyła na bardzo mała ilość „oznak socjalizmu”. Znając trochę Węgry i Czechosłowację, gdzie, co parę metrów w sposób natrętny i nachalny przypominano o socjalizmie czy komunizmie, spodziewaliśmy się, że cały kraj będzie dosłownie zakryty podobnymi „ozdobami”. Nic z tych rzeczy! Chyba mniej widocznego „socjalizmu” niż w Polsce! Trochę transparentów na samej granicy a potem tylko jakieś okazjonalne banery typu „Sława KPSS” (tłum. Niech żyje Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego).

Pierwszy kontakt z uprzejmymi ludźmi mieliśmy przy wyjeździe z Mińska. Potem było podobnie. Gdy zatrzymywaliśmy się na jakiś „techniczny postój” – zaraz zatrzymywały się auta a ludzie nimi jadący pytali czy czegoś nam trzeba, może nas podwieźć, może potrzebujemy benzyny, może samochód się zepsuł i trzeba wziąć na hol?

Momentami jechaliśmy dość wąskimi drogami. Przez wiele późniejszych lat jeździłem sporo na różnych kontynentach i nigdzie nie spotkałem się z czymś takim jak wtedy w ZSRR. Jeżeli kilka samochodów doganiało jakąś ciężarówkę – zawalidrogę – to gdy tylko jej kierowca zorientował się że jedzie za nim „ogon”, w jakimś szerszym miejscu trąbił kilka razy, włączał prawy kierunkowskaz i zjeżdżał na pobocze by przepuścić tych z tyłu. Prawdziwa rewelacja – a spotykana tam wtedy na każdym kroku!

Minusy wystąpiły po zmroku. Jak tylko zaczynało zmierzchać, my zaczęliśmy jechać na światłach mijania. „Tamtejsi” jeździli natomiast na postojowych „ogarkach” aż do momentu, gdy faktycznie nie było zupełnie widać drogi. Dlatego też WSZYSCY mrugali na nas światłami lub nawet trąbili – przekonani, że rozrzutnie psujemy żarówki lub zapomnieliśmy się i włączyliśmy „drogówki” zamiast „ogarków”…

Po drodze okazało się ze zabrany z Polski dwudziestolitrowy karnister z benzyną bardzo się przydał. Częste znaki drogowe mówiły, że do następnej stacji benzynowej jest na przykład 150 czy 200 kilometrów! Ale w końcu i karnister „wysechł” i trzeba było w końcu trafić i zajechać na stację benzynową.

Z tym pierwszym tankowaniem była cała historia. Stacja z pięcioma czy sześcioma „nalewakami” dziwnej konstrukcji. Budka „dyżurnej ruchu” i wysoko umiejscowione okienko. Podchodzimy i pytamy o możliwość zatankowania. Pani odpowiada: „a talończyki macie?”. Odpowiadamy, że nie mamy talonów na benzynę, bo „my jedziemy w gości”. Za to mamy gotówkę! Pani się chwilę zastanawiała, potem wychyliła się z budki – rozejrzała czy nie jesteśmy prowokatorami jakimiś i czy nie ma tam jeszcze jakichś świadków – i powiedziała – „to dawaj diengi!”. I teraz problem się zrobił „techniczny”, – bo nie mieliśmy drobnych a pani nie miała wydać. Jakoś to załatwiliśmy – chyba był to jej interes życia.

Tu wtrącę, że benzyna była tam niezwykle tania. U nas kosztowała 2,60 do 3,50 złotych bodajże za litr, a w ZSRR chyba dziewięć kopiejek! Nie dokonując przeliczeń – napiszą obrazowo – koszt drogi Brześć – Leningrad – Brześć był niższy niż 300 kilometrów drogi, jaką pokonaliśmy w Polsce jadąc do Brześcia!

Ale wracając na stację benzynową – oprócz pieniędzy, kolejną trudnością było ustalenie, do którego nalewaka mamy podjechać i czy na pewno będzie tam odpowiedni gatunek paliwa. Pani wskazała słownie i migowo, że tu i tu. Podjechaliśmy, Tata podniósł maskę Trabanta, odkręcił korek baku, włożył „węża” i… nic! Wołamy do Pani w budce, że nie leci nic! Pani odkrzyknęła, że zaraz poleci.

No i… POLECIAŁO!!!

Leciało, leciało, leciało… Tata zaczął dawać nerwowe znaki a potem wrzeszczeć, że już pełno. A tu leci dalej! Żeby tam leciało! Tam się LAŁO!!! Tata wyrwał węża, z którego waliła benzyna, która zalała już cały silnik i stoi z tym wężem i fontanną benzyny zalewającej stację! Wtedy podbiegł do nas kierowca auta, które właśnie podjechało, wyrwał węża z rąk Taty i włożył go do takiego lejka. Teraz dopiero zauważyliśmy, że na każdym stanowisku był taki lejek. Po prostu, jak się benzyny za dużo „wydało” – należało włożyć końcówkę węża do lejka a nadmiar spływał znów do zbiornika. Uff!

Teraz Tata zapytał czy może napełnić karnister. I wtedy wszystko się wyjaśniło. Pani sądziła, że mamy „normalne auto” – dostała też więcej pieniędzy niż się spodziewała i „zaprogramowała” swój automat „hojnie” na 50 litrów. W Trabancie mieściło się litrów dwadzieścia i cztery.

„Automat nalewczy” działał tak: pani wybierała na tarczy – dokładnie takiej jak tarcza telefoniczna – ilość dawki benzyny. Potem naciskała jeden z kilku przełączników, – który uruchamiał zawory i pompy w taki sposób, że na wybranym stanowisku leciała benzyna. Leciała ona do momentu aż pompa nie przestała pracować. Jak było jej za dużo, to kierowca szybkim ruchem wyjmował węża z baku i wrzucał do lejka by tam spłynął jej nadmiar.

Jak już Tata zaznajomił się z systemem i Pani zgodziła się nalać jeszcze do dwudziestolitrowego karnistra, okazało się że najmniejszą dawką było właśnie 20 litrów i to też z bardzo dużym nadmiarem. Ale Tata był przygotowany tym razem i po napełnieniu pod korek, kolejne litry czy dziesiątki litrów popłynęły przez lejek znów do zbiornika stacji!

W końcu zakończyliśmy tankowanie, serdecznie Pani podziękowaliśmy za pomoc i jeszcze długą chwilę staliśmy na końcu stacji by samochód choć trochę wywietrzał po zalaniu benzyną komory silnika. Co jakiś czas podjeżdżały auta osobowe i ciężarówki. KAŻDY – podchodził do nas, KAŻDEMU trzeba było demonstrować auto – zarówno bagażnik jak i silnik i KAŻDY cmokał nad tak przemyślną maszyną! Wszyscy bardzo uprzejmi, serdeczni. Każdy pytał gdzie zmierzamy, radził jak jechać, gdzie się zatrzymać, co zwiedzić. Klepania po plecach, uścisków, uśmiechów było, co niemiara!

Pora była już popołudniowa, może 16 a może 17 godzina – wszyscy, którzy podchodzili do nas na tej stacji twierdzili słusznie, że do Leningradu dojechać bez noclegu nie jesteśmy w stanie i każdy zapraszał nas do siebie do domu. Uprzejmie podziękowaliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po jakichś dwudziestu kilometrach, z bocznej drogi wypadł za nami motocykl z bocznym wózkiem i z dwoma mundurowymi. Jak tylko pasażer wyciągnął zza cholewy czarno-białą pałkę – natychmiast żeśmy się zatrzymali. Milicjanci byli niezwykle uprzejmi, wypytywali serdecznie skąd i gdzie jedziemy. Pokazywali na naszej mapie jak i którędy najlepiej jechać. Ale najlepsze było okazanie im naszych dokumentów. Najbardziej ich zainteresowało polskie prawo jazdy i w zasadzie tylko to chcieli obejrzeć. Wyciągnęli swoje dokumenty, pokazali nam i położyli obok naszych.

I jeden do drugiego mówi: „smatri Sasza – takoje samo kak u nas!”

CDN

Tags: , , ,

7 komentarzy “Obrazki z ZSRR (cz.3)”

  1. Wlodek
    5 sierpnia 2016 at 06:44

    Wracając do tematu GAI,okolice Tarnopola,droga prosta znak ograniczający 20 km,za krzakiem stoi GAI,oczywiście mandat, pytanie jakie są dolary?Tłumacze 1,3,5,10,20,50,100 Ktoś mu wcisnął lewe 2 dolary w banknocie, odpuszcza!Moje pytanie,dlaczego ograniczenie do 20?”Tu będzie budowana stacja benzynowa”,kiedy ? “Za dwa lata”.CDN

  2. Wlodek
    5 sierpnia 2016 at 06:59

    CDN,okolice Tuły, przez 20 km jedzie za nami “gaisznik” na motorze. Wyprzedza i zatrzymuje “Mandat za brudną tablicę rejestracyjną”Coś mu wpadło do oka,wyciągamy ,odpuszcza i uprzedza że za 50 km będzie znak stop i koniecznie stanąć bo jest monitorowany. Teraz dzięki naszej władzy Polacy nie są darzeni sympatią a wręcz nie lubiani,ale o ostatnich latach później. Pozdro dla autora!!!

  3. Kamczatka
    5 sierpnia 2016 at 08:04

    Действительно картинки с…

    Сразу вспоминается фильм “Королева бензоколонки” (киностудия им. А. Довженко, 1962 год) с Надеждой Румянцевой в главной роли.

    Кстати о бензине. В те годы бензин в СССР продавался порциями по 10 литров.
    С 1 января 1969 года вводились следующие цены на бензин за 10 литров:

    А-66 – 60 коп.
    А-72 – 70 коп.
    А-76 – 75 коп.
    А-93 – 95 коп.
    А-98 – 1руб. 5 коп.
    Экстра – 1 руб.

    Средняя зарплата, если память не изменяет, была 120 рублей. А вот американский зеленый “рубль” стоил в разные годы 60 – 90 коп.

    Спасибо.

    • wlodek
      5 sierpnia 2016 at 10:35

      Kamczatko,i ostatnie wspominki zanim przejdę do ostatnich lat.Zeleznagorsk,lata 90 te ,czekamy w oparciu o barter na dostawy rudy do jeszcze polskich hut,Trwa to już 2 miesiące bo nie ma ustawy o handlu hurtowym ,ludzi pełno 6 sklepów ale tylko detal.Jedziemy zwiedzić m.ORZEŁ ,przed miastem kontrola okazuje się ze brakuje tablicy rejestracyjnej,powrót 100km,Na posterunku GAI tablica się znajduje.Jak się później okazało,kolega tańczył na dansingu z narzeczoną zazdrosnego milicjanta,który w ramach zemsty pod pozorem złego parkowania odkręcił tablicę i oddał GAI.Wieczorem przyszedł do hotelu przeprosił i………..!Resztą jak przejdę na emeryturę!

  4. krzyk58
    5 sierpnia 2016 at 10:35

    Dzięki “brusku”, 🙂 za interesującą opowieść.Cała
    ówczesna bida(ciekawość świata i innych ludzi) sprowadzała się do mocno sformalizowanych
    kontaktów międzyludzkich,oficjalnie byliśmy bliscy sobie,
    a tak naprawdę dzielił Nas niewidzialny mur, raczej nie do przeskoczenia dla zwykłego śmiertelnika.
    Wyprawa za wielką wodę, “na zaproszenie” raczej nigdy
    nie nastręczała trudności – szlaki były mocno przetarte.Odwrotnie było w kierunku wschodnim.
    Wiem coś o tym,niektórzy członkowie rodziny
    wyjechali kiedyś w poszukiwaniu pracy,lepszego życia
    do Mandżurii,konkretnie do Harbinu,wówczas Imperium
    Rosyjskie…

  5. Inicjator
    5 sierpnia 2016 at 12:15

    Świetne.

  6. wieczorynka
    5 sierpnia 2016 at 17:51

    Autorze, po raz kolejny świetnie.

    Aby ubarwić opowieść opiszę swoje wspomnienia z Mińska (wówczas ZSRR). Wracałam do domu po zwiedzaniu Republiki Ukraińskiej od Kijowa po Morze Czarne. W Mińsku okazało się, że samolot którym mamy lecieć do Warszawy szwankuje, trwa to wiele godzin. Na lotnisku ziąb (późna jesień) i ludzie stają się coraz bardziej nerwowi, wszelkie restauracje na lotnisku zamknięte. Nie wytrzymałam i pobiegłam szukać jakiegoś szefa, natknęłam się na panią sztrykującą na drutach jakiś szalik, moje niezbyt przyjemne pytanie, gdzie tu jest jakiś dyrektor? pani odpowiedziała ja tu dyrektor. Przyznaję, że po iluś latach było mi wstyd za własne zachowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

Scroll Up