Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator polityczny on Google+RSS Feed

24 lipca 2017

Obrazki z ZSRR (cz.2)


 Lata 70-te były okresem niebywałego rozwoju naszego kraju. Jeżeli pierwsze 20 lat okresu powojennego było odbudową zniszczeń dwóch wojen światowych oraz skokiem cywilizacyjnym z wieku XVIII do końca wieku XIX, to następne dziesięciolecie wprowadziło nasz kraj do grona dziesięciu najbardziej rozwiniętych krajów świata.

Szedł za tym i dobrobyt społeczeństwa. Możliwość posiadania swoich własnych „czterech kółek” pozwoliła nie tylko na korzystanie z pojawiających się jak grzyby po deszczu pól namiotowych i kempingów, ale i wyjazdów zagranicznych. Umożliwiała na takie wyjazdy odpowiednia pieczątka w dowodzie osobistym – dająca możliwość bezwizowego poruszania się w ramach krajów socjalistycznych. Ci najbogatsi nadal załatwiali wizy i paszporty by jechać do Jugosławii nad Adriatyk, ci mniej zasobni zaczęli wakacyjne wojaże nad Morze Czarne – jeżdżąc do Bułgarii czy do Rumunii.

Nad nasz Bałtyk masowo zaczęli przyjeżdżać mieszkańcy NRD, Węgier czy Czechosłowacji.

Pieczątka w dowodzie umożliwiała teoretycznie wyjazd i do ZSRR. Praktyka jednak była taka, że „tam” nadal można było wyjeżdżać tylko tak zwanymi „pociągami przyjaźni” czy zorganizowanymi wycieczkami. Nie istniał niestety w praktyce kontakt „prywatny”…

Lata 70-te to także zupełnie inne niż dzisiaj życie i kontakty towarzyskie. Co sobotnie spotkania wśród znajomych w domach czy kawiarniach, doranne „dansingi”…

Moi rodzice ostatnich kilka przedwyjazdowych sobót i niedziel spędzili na biesiadowaniu ze znajomymi, mającymi charakter niemal „ostatecznego pożegnania”. Dawano różne rady, powtarzano zasłyszane opowieści.

Ten nieco przydługi „wstępny smrodek dydaktyczny” ma uzmysłowić w jakim nastroju wyruszaliśmy. Brak bezpośrednich kontaktów pomiędzy obywatelami Polski i ZSRR owocował wieloma mitami. Z jednej strony wszyscy podkreślali, że na tamtejszych wspaniałych i serdecznych ludzi można zawsze liczyć i na nich polegać. Ale z drugiej strony…

Samochód mieli nam rozbić tamtejsi szaleni i jeżdżący nieprzepisowo kierowcy po pierwszych stu kilometrach. Okropne i dziurawe drogi miały spowodować ciągłe awarie i brak możliwości naprawy auta. Zabraknie nam pieniędzy na wszechobecne łapówki. Straszliwe rzeczy opowiadano o tamtejszej milicji drogowej. Według tych opinii nie przejedziemy pierwszego „post GAI”. Do tego dochodziły opowieści o tym, że ukradną nam niewątpliwie „zachodnie auto”, czyli „Trabanta” oraz że nie będziemy mieli, co jeść po drodze – bo są tam totalne braki w sklepach. Nie wspominając o bardzo nielicznych stacjach benzynowych…

Dziwne, że jednak zdecydowaliśmy się jechać…

Pierwsze 150 kilometrów zupełnie rozwiało te wszystkie „plotki” i strachy. Zależało nam na jak najszybszym, „beznoclegowym” dojeździe do Leningradu, najkrótszą możliwą drogą. Dlatego, po około 150 kilometrach doskonałej drogi, wiodącej od granicy w Brześciu do Mińska, na skrzyżowaniu na którym był wielki „Post GAI” z dużą ilością tamtejszych służb i radiowozów, przez nikogo nie zatrzymywani skręciliśmy na lewo, kierując się na Słonim i Lidę. Mój Tata koniecznie chciał odwiedzić Wilno, miasto-mit w naszych rodzinnych wspomnieniach i opowieściach. Przecież któryś z przodków był podobno burmistrzem tego miasta…

Po około dwudziestu kilometrach prostej, niezłej – choć wyraźnie gorszej i węższej drogi, Tata który spoglądał w czasie prowadzenia samochodu w lusterko, zwrócił uwagę na jadący za nami, niezwykle dymiący pojazd. Po kilkunastu kilometrach okazało się, że „dochodzi nas” zwyczajny motocykl, dymiąc sino-niebiesko w sposób iście nieprawdopodobny. Tata trochę zwolnił i wtedy motocyklista zaczął dawać jakieś znaki machając ręką. Tata jeszcze bardziej zwolnił, – bo zaczęliśmy się zastanawiać czy czegoś po drodze nie zgubiliśmy? Motocykl nas w końcu dogonił. Na motocyklu siedział zwyczajny, „cywilny” jegomość, który podczas mijania naszego pojazdu wyciągnął zza długiej cholewy buta typu „oficerskiego” długą pałkę pomalowaną w czarno-białe paski i zaczął dawać znaki do zatrzymania się, krzycząc „Pawaraczywaj! Stoj!”. Zatrzymaliśmy się, a wtedy on zażądał byśmy się wrócili na „post GAI” na skrzyżowaniu, na którym zjechaliśmy z „mińskiej drogi”.

Cóż było zrobić? Nie znaliśmy „ichnich” zwyczajów, człowiek niby „cywilny”, ale zachowywał się jak „władza”. Zawróciliśmy i eskortowani przez motocyklistę po niemal godzinie dotarliśmy na wskazane miejsce…

Tam obstąpili nas tamtejsi „dyżurni”, w mundurach szamerowanych złotem i z wielkimi, zadziwiającymi nas „czapami”. Kazali nam wysiąść z auta, pokazać dokumenty. Pooglądali, pokiwali głowami, coś do siebie cicho mówili i dyskutowali. Jeden z nich rozpoczął rodzaj „śledztwa”.

Pytał – gdzie jedziemy. Odpowiedzieliśmy, że na zaproszenie do rodziny z Leningradu. Wtedy powiedział, że nie możemy jechać drogą, którą próbowaliśmy jechać – bo musimy KONIECZNIE jechać przez Moskwę.

Do tego zaczął mówić, że powinniśmy posiadać „marszrutkę”, która powinna wyznaczać nam trasę przejazdu do Leningradu przez Moskwę. Dlaczego jej nie posiadamy?

Tata odpowiedział, że zarówno w Ambasadzie ZSRR jak i na granicy, powiedziano nam że my jesteśmy nie „turyści” a jedziemy „w gości” i nas „marszrutki nie obowiązują”. Wywołało to sporą konsternację i długą dyskusję wśród funkcjonariuszy.

Po dyskusji znów powiedzieli, że może i tak jest jak mówimy, bo z takim przypadkiem się nie spotkali, ale upierali się że jednak musimy jechać przez Mińsk i Moskwę.

Tata odpowiedział, że zarówno w Konsulacie (mówił oczywiście o „Ambasadzie”) a także na granicy kazano nam jechać „najkrótszą drogą” a skręcając na lewo właśnie zmierzaliśmy najkrótszą drogą do Leningradu.

I wtedy padło dobijające pytanie. „A skąd wy wiecie, że tedy gdzie jechaliście jest najkrótsza droga do Leningradu?”.

Wtedy Tata wyjął zakupioną przed wyjazdem w „MPiK-u” doskonałą, węgierską mapę europejskiej części ZSRR i im ją pokazał.

No to się zaczęło! Rozłożono mapę na masce Trabanta i panowie „gajusznicy” pochylili się z ogromnym zainteresowaniem nad wielką płachtą mapy. Trwała bardzo zaciekła dyskusja pomiędzy nimi.

Smatri Iwan! Zdies’ moja dieriewnia!”. Drugi powiedział – „a zdies’ moja toże!

Jednym słowem byli niezwykle zaskoczeni dokładnością węgierskiej mapy, na której widniały nawet wsie naszych interlokutorów.

Teraz nastąpił najtrudniejszy moment spotkania. Padło sakramentalne pytanie – skąd macie TAK DOKŁADNĄ mapę?”. W domyśle – jesteśmy szpiegami – a „przepowiednie” i „czarnowidztwa” znajomych zaczynają się sprawdzać!

Wtedy nastąpiła długa przemowa mojego Taty, który tłumaczył na różne sposoby, że takie mapy są dostępne w każdym sklepie w Polsce. No, może mniej dokładne niż ta. Dlatego też zakupiliśmy specjalnie WĘGIERSKĄ mapę, która miała nam pomóc dostać się do RODZINY w Leningradzie…

Chyba do nich to dotarło, a może skończyły się argumenty. Nie pytali już o żadne dodatkowe dokumenty podróżne, stali się dużo milsi i serdeczni. Powiedzieli, że drogą którą jechaliśmy pojechać nie możemy, bo to tereny wojskowe i zamknięte dla cudzoziemców. „Nawet z Polszy” – dodali…

Poradzili, by jechać przez Moskwę „bo tak wszyscy innostrańcy jeżdżą do Leningradu”.

Zasalutowali, przeprosili za trudności, życzyli szerokiej drogi i jeszcze kilka razy się upewniali czy aby na pewno tak dokładną mapę można kupić w Polsce w każdym sklepie…

I tym sposobem, tracąc kilka godzin, ruszyliśmy dalej do Mińska…

CDN…

Tags: , , , , ,

17 komentarzy “Obrazki z ZSRR (cz.2)”

  1. abracadabra
    4 sierpnia 2016 at 07:25

    Dziesiąta potęga przemysłowa to nie dziesiątka najlepiej rozwiniętych państw świata. Gierek co prawda za zachodnie kredyty zbudował największą hutę w Europie i kilka innych zakładów często korzystając z zachodnich licencji. Ale wzrost produkcji surówki hutniczej nie oznacza, że staliśmy się państwem rozwiniętym. Wciąż większość społeczeństwa nie miała np. dostępu do kanalizacji. Oczywiście dzięki kontaktom z Zachodem udało nam się zerwać z siermiężnym Wschodem także w dziedzinie mentalnej. Poczuliśmy po prostu, że wracamy na swoje miejsce czyli na zachód. Ale do państw rozwiniętych sporo nam brakowało. Np. dziś Indie czy Brazylia są w dziesiątce największych gospodarek świata. Ale cywilizacyjnie są daleko za państwami, które mają mniejsze gospodarki i nie tylko za Szwajcarią, Szwecją czy Holandią ale nawet za Polską czy Rumunią.

    • krzyk58
      4 sierpnia 2016 at 08:34

      ” Oczywiście dzięki kontaktom z Zachodem udało nam się zerwać z siermiężnym Wschodem także w dziedzinie mentalnej.” Poczuliśmy po prostu, że wracamy na swoje miejsce czyli na zachód.” Dziś już doświadczeni
      tym jak się wychodzi na kontaktach z Zachodem,być może
      będziemy powracać do źródeł – tam gdzie Nasze miejsce.
      BOWIEM, mentalnie zawsze przynależymy do Wschodu,czyli
      ‘kiedyś’ wrócimy na swoje miejsce…a romans z szeroko
      rozumianym zachodem będziemy wspominać jak zły sen,coś co NIGDY nie powinno Polsce przytrafić się…
      Polecam lekturę wspomnień p.A.Siwaka,tak tego pana,
      “Od łopaty do dyplomaty’. Również:

      https://www.docdroid.net/LdgBs6f/judeopolonia-nieznane-karty-historii-prl.pdf.html

      • abracadabra
        4 sierpnia 2016 at 09:25

        Granica zachodu jest tam gdzie sięgały gotyckie zamki albo barokowe kościoły. I nawet pałac kultury w centrum Warszawy tego nie zmieni bo w naszej historii to była tylko krótka chwila. Zresztą zachodnia cywilizacja obecna u nas przez tysiąc lat(tak sto lat zaborów to nie był jakiś duży wpływ wschodu-Prusy a zwłaszcza Austria to cywilizacja zachodnia) ta zachodnia cywilizacja tak wrosła w naszą tożsamość, że dość szybko w bezpośrednim kontakcie widzimy wsteczność cywilizacji moskiewskiej. Może Turcy mają szanse zobaczyć w Rosji coś progresywnego ale na pewno nie Polacy.

  2. krzyk58
    4 sierpnia 2016 at 10:07

    @abra…Jednak szkoda że w 1410 nie dobiliśmy wspólnie
    z pułkami smoleńskimi i Ordą symbolów Naszego
    uciemiężenia -“Malbork i okolice”, gotyckich zamków i barokowych kościołów.
    Wówczas wrócilibyśmy do źródeł.Jagiełło spanikował
    po nałożonej na Polskę klątwie “watykańczyka”,przerażonego pogromem dokonanym przez Lachów i Ruskich na rycerzach zakonu Najświętszej Maryi,
    a także na najemnikach z Zachodu(w tym z Czech i Śląska) wspomagających zbójecki zakon… 🙂

    • abracadabra
      4 sierpnia 2016 at 13:11

      Jagiełło spanikował ale nie z powodu Watykanu. On bał się, że po kompletnym rozbiciu zakonu Polacy wybiorą nowego króla. W tym czasie Jagiełło nie miał syna a był już po pięćdziesiatce co w tamtych czasach było już wiekiem zaawansowanym. Tak naprawdę bał się, że Polska, która nagle stała się hegemonem w regionie zamiast jakiegoś luźnego związku z Litwą(Litwini opierali się wpływom polskim) po prostu siłą dokona aneksji tego państwa. A Litwa razem z tymi pułkami smoleńskimi już była w tym czasie bardzo słaba względem Królestwa Polskiego. Zamki gotyckie zaś już pół wieku wcześniej budował Kazimierz Wielki na tzw. Rusi Halicko-Włodzimierskiej. To miały być nie tylko punkty obronne przed łupieżczymi najazdami ze wschodu ale ich celem była kontynuacja ekspansji gospodarczej i politycznej na wschód także przy użyciu siły militarnej. Jagiełło znał potęgę Polski i naprawdę nie miał złudzeń w którym kierunku pójdzie ekspansja tej nowej potęgi. A wciąż czuł się obcym na polskim tronie i bliżej mu było do państwa, które budował od czasu swej młodości.

      • krzyk58
        4 sierpnia 2016 at 13:56

        Nie zapominaj Waść iż Królestwo Polskie to tylko
        drobny wycinek na tle ówczesnej mapy Rzplitej “iluś
        tam narodów’ – może 15-20% terytorium,a Lachowie
        -katolicy stanowili zdecydowaną mniejszość.
        Dominującym wyznaniem Rzeczpospolitej było
        PRAWOSŁAWIE…

      • abracadabra
        4 sierpnia 2016 at 18:55

        @krzyk58 Lachowie katolicy byli najliczniejszym narodem Rzeczypospolitej. Doliczając Lachów kalwinów i unitów przewaga Lachów była jeszcze większa. Prawosławna szlachta Litwy dość szybko uległa polonizacji. Tak jak i te tereny zwłaszcza po wojnie polsko-rosyjskiej 1654-67 gdy wojska rosyjskie paliły głównie wsie rusińskie a ludność rusińską uprowadzano wgłąb Rosji jako niewolników. Po wojnie Lachowie wrócili na te tereny ale Rusinów zwłaszcza w miastach zastąpili żydzi. Wtedy to też język ruski przestał być językiem państwowym Rzeczypospolitej. Po prostu nie było już elity ruskiej.

      • krzyk58
        4 sierpnia 2016 at 20:43

        @abra…

        Rozmawiamy Waść o czasach “grunwaldowych”,
        wówczas nie było jeszcze ccccccc
        Prawosławnych na modłę katolicką tzw.unitów.
        Unia Brzeska -1569.Wówczas Koroniarze – katolicy
        byli we wspólnym państwie zdecydowaną mniejszością
        wyznaniową…

        http://prawoslawnikatolicy.pl/wp-content/uploads/2014/03/Unia-Brzeska-1596.pdf

        PROSZĘ SIĘ LICZYĆ Z OKREŚLENIAMI WOBEC WYZNAŃ! PANIE KRZYK NO CO PAN – PROWOKATOR? MAM ZNOWU UWAŻAĆ NA KAŻDĄ LITERĘ W PANA KOMENTARZACH ? POZDRAWIAM WEB. JÓZ.

  3. krzyk58
    4 sierpnia 2016 at 17:31

    @abra…Posmotri,mużyk na rosyjską (ruską) prowincję.Zapewniam,
    takiego postępu,nowoczesności nie spotkasz w Zach.Europie – w “ichnich” stolicach,
    o USA(łaskawie) nie wspominam. :)Poczytaj nagłówki,treści komentarzy…
    – “sprawisz się” ?! 🙂
    Jeśli zajdzie potrzeba podrzucę nieco fotek z Groznego,
    zapewniam mimo wahabickich,inspirowanych z … szaleństw
    to nie Detroit… R.Kadyrow(pomimo błędów młodości) podobnie zresztą jak i ojciec Achmat Kadyrow
    – słuszną ma linię!!

    https://twitter.com/BackwardRus

    • abracadabra
      4 sierpnia 2016 at 19:13

      Grozny hehe odbudowany za haracz, który Moskwa płaci Czeczeńcom.

  4. wieczorynka
    4 sierpnia 2016 at 17:48

    Autorze, świetny tekst, ja opiszę swoje wspomnienia (byłam w czasach PRL 4 razy w ZSRR-wyjazd zorganizowany). Po pierwsze spora część Polaków/Polek jeździła do tego kraju na handel, ja zawsze wyjazd traktowałam turystycznie i celnikom trudno było uwierzyć, że nie wiozę na sprzedaż żadnych towarów (wówczas woziło się majteczki z Pewexu nota bene tandetne a przywoziło złoto). Natomiast byłam kłótliwa gdy chodziło o zwiedzanie, niestety większość wycieczki wybierała kontakty handlowe. Mój partner oprócz ZSRR zwiedził również Czechosłowację, Bułgarię, Rumunię, Węgry już własnym pojazdem, w każdym z tych krajów miło wspomina kontakty z miejscową ludnością, urzędnicy byli różni. Właśnie spał pod namiotem na terenie niestrzeżonym i wracał z bagażem pełnym pozytywnych wrażeń. Jako podsumowanie tamte lata to nie tylko tęsknota za młodością, one były bardziej życzliwe dla ogółu.

  5. Wlodek
    4 sierpnia 2016 at 20:30

    Z zawodu nie jestem historykiem, ale socjologiem i coś mi się wydaje że w Rzeczpospolitej ktoś a wiadomo kto nie zalicza prawosławnych ukraińskich i rusińskich chłopów a wtedy okazało by się że Polacy byli w mniejszości, a nie cała szlachta była wyznania katolickiego,i to się nazywa przemilczanie niewygodnych faktów, lub kłamstwem! I tak w każdym komentarzu znanego komentatora!

  6. krzyk58
    4 sierpnia 2016 at 21:19
  7. daniel
    4 sierpnia 2016 at 21:22

    miłe wspomnienia tamtych czasów.

  8. Kamczatka
    4 sierpnia 2016 at 22:52

    Сегодня обойдемся без “мон хера” абры-кадабры 🙂

    Спасибо Автору за хорошее чувство юмора и умение интересно рассказать о простых вещах.

    Действительно ГАИшник в те годы это, как говорят в Одессе, “что-то особенного”. В анекдотах он стабильно делил третье место с персонажем по имени “Вовочка”. На первом месте неизменно был Василий Иванович ( Чапаев), на втором – “дорогой Леонид Ильич” (Брежнев).

    Кстати этот забавный эпизод с картой объяснить просто. Удивление и интерес “хлопцев” вызвала не просто карта, а карта ИНОСТРАННАЯ. В СССР геодезия и картография были на высоком уровне и подробной картой хорошего качества удивить было сложно. “Атлас автомобильных дорог СССР” 1970 года выпуска можно было купить в любом книжном магазине.
    А вот название родной деревни на “импортной” карте действительно могло вызвать неподдельный интерес ГАИшника “Ивана”.

    Жду продолжения.

    Спасибо.

  9. Kamczatka
    5 sierpnia 2016 at 07:19

    @abracadabra

    Мон хер, извини, не заметил:
    “Granica zachodu jest tam gdzie sięgały gotyckie zamki albo barokowe kościoly.”

    Не об этом ли замке идет речь?

    “Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,
    Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,
    Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,
    Tłumacząc, że GOTYCKIEJ są architektury;
    Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,
    Że architekt był majstrem z WILNA, nie zaś GOTEM.”

    P.S.
    Напоминаю – прогрессивное человечество ждет.

  10. Inicjator
    5 sierpnia 2016 at 12:06

    Świetne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Historia

Scroll Up