Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

19 grudnia 2018

PIETREK


Nigdy za wiele pochwał! No więc się pochwalę! Jak kilka dni temu na 108 czy 110 metrze strzelistego pylonu nowego mostu pojawiła się tradycyjna „wiecha”, serce mi zabiło mocniej – zupełnie jakby to było moje dzieło…

A przecież nie byłem ani pomysłodawcą tej przeprawy mostowej, nie projektowałem, nie budowałem – ale przez chwilę poczułem się jak twórca tego jednego z największych i najpiękniejszych mostów wantowych w Polsce…

Skąd ta rozpierająca mnie duma? Ano, by sprawę wyjaśnić muszę opisać mój stosunek do tzw. „ekologów”, tej „V-tej kolumny” bezmyślnych ludzi, którzy w dobrej wierze reprezentują czyjeś partykularne interesy. Przecież gdyby nie zdecydowana postawa naszego Państwa które położyło kres protestom tzw. „ekologów” w Czorsztynie i co pozwoliło dokończyć budowę tamy na Dunajcu, uniknęliśmy największej katastrofy ekologicznej jaka mogła dotknąć ogromną połać południowej Polski. Tego deszczowego lipca właśnie oddany do użytku zbiornik czorsztyński napełnił się w kilka dni a nie jak planowano – że napełni się za kilka lat! Ten ogrom niewyobrażalny wód Dunajca, niezatrzymany przez tamę, zrównał by z ziemią i całą ziemię tarnowską, a po połączeniu się z równie wzburzonymi wtedy wodami Wisły, nie tylko Sandomierz, ale i pewnie całą Warszawę!

W moim mieście, w latach 60-tych czy 70-tych na rzece, która jest rzeką górską, zbudowano zaporę. Czas użytkowania zbiornika planowano na określoną ilość lat. Wiadomo było w czasie projektowania i budowy zapory, że zbiornik za lat kilkadziesiąt trzeba będzie oczyszczać i odmulać. Lata „przemian” i zwyczajnego braku pieniędzy odsunęły te konieczne prace na czasy obecne. Gdy już Miasto wraz z Państwem zorganizowały przysłowiową „kasę”, gdy pokonano polską i „unijną” – tak teraz skomplikowaną „papierologię”, gdy zorganizowano na brzegu zalewu miejsce do składowania mułu i żwiru, gdy zwodowano na toń zalewu odpowiednie dragi i jednocześnie zorganizowano cały system przewozu tej ogromnej ilości materiału na właśnie mające powstawać w okolicy autostrady i ekspresówki – wtedy, nagle i dla wszystkich niespodziewanie – pojawili się tzw. „ekolodzy”.

A ściślej biorąc jeden tzw. „ekolog”, który zaprotestował, twierdząc że w zalewie egzystuje jakaś chroniona roślinka. Popłoch się zrobił niewyobrażalny, inwestycja startuje a tu taki klops! I faktycznie – inwestycje wstrzymano – wpierw na czas sprawdzenia tej informacji – a teraz na nieznane „kiedyś”.

Cały dowcip i jednocześnie mało wyobrażalne szaleństwo polega na tym, że ten „ekolog”, pochodzący z zupełnie innego regionu Polski, w „czynie społecznym” wpuścił kilka lat wcześniej do śmierdzącego, zamulonego zalewu, jakąś roślinkę – chronioną w Polsce. O dziwo, roślinka w tych niezwykle niesprzyjających warunkach i środowisku się przyjęła. Z tym że ona „jest” i jednocześnie jej „nie ma”, to znaczy cykl życiowy polega na tym, że bytuje ona sobie na dnie w mule a raz do roku na kilka dni wypuszcza jakiś pęd do powierzchni by zniknąć na kolejny rok…

I tym sposobem jeden, człowiek spowodował ogromne straty materialne, wyrzucenie w błoto i muł pracy wielu osób, które organizowały przez lata to wielkie przedsięwzięcie. W zalewie dalej nikt się ze zrozumiałych względów nie kąpie – chociaż ja jeszcze na studiach to robiłem, tak jak i tysiące ludzi odpoczywających na brzegu przez całe lato. Nikt już nie pływa Omegą – jak robiłem to jeszcze w połowie lat 80-tych. Po prostu „Zalew”, czyli muł, zapach charakterystyczny i totalny „kanał”…

Aby powrócić do naszego mostu muszę znów Państwa uraczyć kolejną opowieścią w opowieści, a związaną z terenem na którym staje ta budowla. Ten teren to kilkadziesiąt hektarów – kiedyś pól rolniczo zagospodarowanych – a od początku lat 90-tych zupełnych nieużytków i prawdziwych „Dzikich Pól”. „Użytki” zostały wykupione przez Państwo w celu pobudowania tam kolejnej strefy ekonomicznej. Na razie nic się nie dzieje – więc przyroda odebrała co się do niej należy. Burzany i chaszcze, latem wysokie jak u Sienkiewicza, gdy Rzędzian wstawał na kulbakę konia, aby rozeznać się w drodze. Lisy, sarny, bażanty, bobry, zające, wydry… No i od kilku sezonów kłusownicy chodzący otwarcie z flintami i polujący na zwierzynę oraz na mnie i mojego psa w odwecie za wypowiedzianą im kilka lat temu przeze mnie prywatną wojnę. Wszystko to 3 km od centrum wojewódzkiego, 200-tysięcznego miasta.

Przez dziesięciolecie codziennych psich „patroli nadrzecznych” – jak ja to nazywam, obserwuję przyrodę i często robię zdjęcia i filmy. Kiedyś, po jakiejś dłuższej sesji zdjęciowej – bo pies akurat poszedł nad wodę obserwować kaczki – uzyskałem niezły zbiorek uwiecznionych kwiatków i pochwaliłem się nim na jednym psim forum. O dziwo, przyszła odpowiedź od jednej Koleżanki, która zwróciła moją uwagę na kilka jej zdaniem ciekawych roślinek. Okazało się że „koleżanka-psiara”, to zawodowo „profesoruje” na jakiejś uczelni i jest naszym najlepszym specjalistą od kwiecia łąkowego. Od słowa do słowa, od meila do meila – zgodziła się na „rozpoznanie” moich znalezisk, a ja postanowiłem sporządzić kompletną dokumentację wszystkich roślin kwitnących na naszych „Dzikich Polach”. Owocem tej naszej kilkuletniej współpracy było kilka filmów zamieszczonych w sieci oraz nabyta przeze mnie wiedza na temat roślin, obejmująca również informacje o tym, które roślinki są jadalne, a które nie oraz dlaczego omijać szerokim łukiem niektóre z nich, jak np. szczwoła plamistego.

Naszą współpracę, a raczej robienie filmów i ich publiczne upowszechnianie, zakończyłem po otrzymaniu informacji, że kilka niepozornych roślinek jest jak najbardziej pod ochroną. Ponieważ w tym samym czasie pojawiła się sprawa „tzw. ekologa i Zalewu”, postanowiłem zrezygnować z dokończenia „projektu”, by moje zdjęcia i filmy nie służyły jako materiał dokumentalny i dowodowy dla kolejnego „szaleństwa”. Poza tym, po co ktoś mnie ma ciągać po sądach – wszak sam też „deptałem” te roślinki przez kilka lat…

I w zasadzie ten „wtręt” o roślinkach wyjaśnia sprawę mojego „wkładu” w budowę mostu wantowego, o którym zacząłem felieton. Bo tak naprawdę dzięki temu, że nie upubliczniłem fotografii ani filmów roślin, które rosły w miejscu budowy – niejako „dałem zezwolenie na budowę”. A jak wiemy, od zezwolenia wszystko się zaczyna! A że na formalnym zezwoleniu nie ma mojego podpisu? Nie jest to ważne, ważne że Wy o tym teraz już wiecie!

Ponieważ tytuł jest do tego momentu zupełnie niezrozumiały, na koniec parę zdań wyjaśnienia i… odpowiedniego zakończenia tej opowieści. Co kilka dni podjeżdżam pod samą budowę pylonu by podziwiać postęp prac i trud robotników wylewających beton na ogromnej wysokości oraz proces rozpinania want.

Kilka tygodni temu, gdy oglądałem pylon i robiłem kolejne zdjęcia, na wysokości około 80 metrów, w miejscu gdzie świeżo rozszalowano konstrukcję, zobaczyłem coś zdumiewającego.

Równy, pięknie wykonany, o pewnie metrowej a może 2-metrowej wysokości liter, biegnący przez całą kilkunastometrową szerokość wielkiego pylonu – wieki napis „PIETREK”.

Nie wiem i może nikt z nas się nigdy nie dowie kim jest „Pietrek”, ale jest pewne, że ta zagadka również będzie bardzo męczyła uczonych, którzy za sto, dwieście czy 1000 lat będą robić jakąś inwentaryzację czy badać ruiny mostu.

I tak sobie myślę, że nasz rodak, Pietrek, za setki lat będzie tak sławny jak budowniczowie piramid czy najwięksi uczeni starożytności… Mam nadzieję, że Pietrek będzie wymieniany jednym tchem wraz z imionami Imhotepa, Dżosera czy Ramzesa…

W takich chwilach naprawdę czuję wielką dumę z tego, że jestem Polakiem!

 

Tags: , , , , , , , , , , , ,

3 komentarze “PIETREK”

  1. michał
    20 czerwca 2015 at 10:42

    świetny tekst- dzięki !

  2. inicjator
    20 czerwca 2015 at 11:14

    Chwała PIETROWI i gratulacje dla autora za cenny wkład w cywilizowanie DZIKICH PÓL.
    Ekolodzy są potrzebni, ale powinni mieć przeciwwagę w ludziach zdrowego rozsądku.
    Dla mnie prawdziwy ekolog powinien chodzić pieszo w łapciach z łyka i odżywiać się korzonkami – oczywiście roślin nie będących pod ochroną.
    Jak przyjedzie autobusem lub nawet rowerem – nie jest prawdziwym ekologiem.
    Jeśli ma laptopa i korzysta (czasami) z prądu – też nim nie jest, bo wiadomo że prąd to węgiel, popiół i zanieczyszczenia.
    Prawdziwy ekolog powinien mieszkać w jakieś jaskini lub ekologicznym szałasie z chrustu w lesie.
    Wniosek: dziś prawdziwych ekologów już nie ma.
    Są nawiedzeni rzecznicy jakichś FIRM, które dla kontynuacji budowy czegokolwiek – biorą za to kasę.
    Amen.

  3. wieczorynka
    20 czerwca 2015 at 19:49

    Ciekawie opisane i jak zwykle, lekkie pióro autora. Mogę nawiązać tylko do ekologów (z bożej łaski), jak w mojej wsi wycinali 30-letnie drzewa aby zrobić park nie było żadnego ekologa. Obecnie jest to teren bardziej przypominający pustynię aniżeli park. Natomiast ustawiono latarnie i baterie słoneczne co jest główną atrakcją parku, ach bym zapomniała, wywieszono też na tablicy plakat jakie to jaszczurki i żabki żyją w tym regionie, zapomniano tylko dodać, że zniszczono ich środowisko naturalne i było to przed “realizacją projektu” tak się teraz mówi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up