• 17 marca 2023
    • Ekonomia

    Z czego Polacy mają oszczędzać?

    • By krakauer
    • |
    • 31 grudnia 2014
    • |
    • 2 minuty czytania

    Jakie to modne i jakie to słuszne – nawoływać społeczeństwo do oszczędności i roztropności finansowej. Wspaniała sprawa – mieć oszczędności, to naprawdę doskonała rzecz, leżą sobie na kupce, schowane w materacu, albo procentują w banku – oszczędności są potrzebne, ponieważ dają osobom fizycznym wolność, a systemowi oddech, umożliwiający inwestowanie i swobodne generowanie pieniądza na kredyt. Bufor jaki stwarzają oszczędności w gospodarce jest niezbędny dla jej prawidłowego rozwoju, zwłaszcza w szczególności w przypadku, gdy nadal trzeba finansować rozwój. Z punktu widzenia makroekonomicznego w prawidłowo funkcjonującej gospodarce rynkowej – oszczędności oznaczają konsumpcję odłożoną w czasie.

    W Polsce mamy ten problem, że nie mamy nadwyżkowych kapitałów prawie w ogóle, a te które są pochodzą z kredytu krajowego lub kredytu zagranicznego. Oszczędności Polaków są bardzo niskie, w ogóle niewiele osób jest sobie w stanie pozwolić na to, żeby odłożyć cokolwiek, co jest poważnym problemem w przypadku utraty tymczasowych źródeł dochodów.

    Nie wynika to z braku roztropności w społeczeństwie, czy też inaczej rozumianej awersji na oszczędzanie. Problemem jest poziom dochodów, a konkretniej – stosunek przeciętnych dochodów gospodarstw domowych do przeciętnego zestawu kosztów stałych w gospodarstwie domowym jakie te są zobligowane ponosić w standardowych okresach czasowych. W wielkim uproszczeniu ten stosunek ma się jak 2 lub 3 do 1, to znaczy Polacy mają dwa lub trzy razy wyższe wydatki w stosunku do dochodów, których oczywiście nie są w stanie pokryć z dochodów, ponieważ te wystarczają jedynie na część wydatków. Oznacza to konieczność poszukiwania wielu życiowych kompromisów, które z kolei czynią opcję oszczędzania prawie czymś niemożliwym. Przyjęte wielkości wynikają z potrzeby zaciągnięcia kredytu mieszkaniowego, ponoszenia kosztów na utrzymanie dzieci, oraz generalnie rozumianych kosztów życia – utrzymania mieszkania, samochodu, wakacji, wyżywienia, chorób itd. Dzisiaj praktycznie każda polska rodzina ma niedobór środków finansowych, a wręcz wykazuje chroniczny deficyt np. poprzez mieszkanie z teściami. Wówczas oczywiście nożyce dochodowo-kosztowe nieco mniej się rozwierają, ale w takich realiach nie można mówić o zabezpieczaniu potrzeb społeczeństwa z dochodów z pracy. Nie można się samooszukiwać, myśląc że telewizor LCD zajmujący ścianę, smartfon oraz używany niemiecki samochód to jest szczęście o jakie chodzi w życiu!

    Niestety żyjemy w realiach w których dla bardzo wielu kredyt jest jedyną formą oszczędzania, aczkolwiek złudną i kosztowną, ale ma tą przewagę nad „ciułaniem”, że umożliwia ciągłą konsumpcję dobra przez cały okres jego spłaty, co zdecydowanie przyczynia się do wzmocnienia gospodarki oraz dostarczenia tak potrzebnej użyteczności dla osób fizycznych. Więc pytanie o to, z czego Polacy mają oszczędzać, powinno w znacznej mierze uwzględniać pytanie o zdolność kredytową naszego społeczeństwa, ponieważ dla dominującej większość – dobrodziejstwo kredytu jest formą oszczędzania, do której przymusza ich sytuacja osobista wynikająca z miejsca jakie zajmują w naszej gospodarce.

    Z oszczędnościami generalnie mamy pecha, wystarczy przypomnieć co się stało z oszczędnościami Polaków podczas okupacji i zaraz po niej – z okazji reformy walutowej (30 października 1950 roku), która zdaniem wielu była koniecznością, żeby opanować fortuny spekulantów wojennych i szmalcowników (istnieją także inne interpretacje przyczyn tamtej pamiętnej operacji na pieniądzu). Potem też już było tylko gorzej, bo generalnie z PRL-u lepiej wyszli wszyscy Ci, którzy zadłużali się, albowiem był taki pamiętny moment, który chyba pamiętają wszyscy „prywaciarze”, że za wartość furgonetki jajek lub kilka koszy kwiatów, czy też skrzynek pieczarek – można było spłacić wieloletnie kredyty, które skarlały w wyniku hiperinflacji. Bardzo wiele osób w ten sposób wybudowało w Polsce domy lub kupiło ziemię, ten kto załapał się na kredyt w banku państwowym przed hiperinflacją zduszoną dopiero przez pana Balcerowicza – mógł mieć dużo szczęścia w życiu i zapewne dobrze wspomina transformację ustrojową, akurat w tym okresie do dzisiaj. Inni mieli mniej szczęścia, ale kto się interesuje w naszym kraju losem społeczeństwa?

    Władza oraz ogólnie establishment rządzący musi mieć pełną świadomość realiów, w tym to, że żadne nawet najbardziej kolorowe aplikacje na telefony do zarządzania domowym budżetem nie pomogą, jeżeli nie ma zasilania na odpowiednim poziomie. Państwo za bardzo rozwarło nożyce dochodowo-kosztowe, częściowo z przymusu okoliczności, częściowo z powodu szeregu błędów – liczy się natomiast to, że życie w Polsce jest bardzo drogie a zarobki – o ile oczywiście ktoś ma pracę są niskie lub bardzo niskie i nie wystarczają na pokrycie podstawowych funkcji i potrzeb życiowych społeczeństwa, które jest zmuszone do poszukiwania substytutów lub tworzenia rozwiązań alternatywnych.

    Generalnie o poważnym oszczędzaniu w naszych realiach nie ma mowy, co najwyżej brany z konieczności kredyt jest jakąś tam formą oszczędzania dla znacznej części społeczeństwa, tych szczęśliwców, którzy mają zdolność kredytową! Państwo powinno zmniejszyć obciążenia wynikające z podatków pośrednich, które płacą głównie najbiedniejsi i które obciążają głównie konsumpcję. Czas najwyższy, żeby posiadacze własności w tym kapitału płacili za te wspaniałe możliwości funkcjonowania, które gwarantuje im państwo. Byłoby to uczciwsze niż np. idea „odwróconej hipoteki”, która pozbawi Polaków dziedziczenia…

    Rozwoju Polski z opodatkowania jogurtów nie sfinansujemy!