Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

17 października 2018

MEJ MET


 Kto nigdy nie był na pustyni, nie jest w stanie zrozumieć głębi i istoty przesłania jakie niosą Biblia, Ewangelie czy Koran…

To słońce ogromne i nagle wyskakujące lub chowające się za horyzont. Ten księżyc tak dziwnie umocowany do nienaturalnie rozgwieżdżonego firmamentu. Te mroźne poranki i wszechogarniający pył… Te kolory i faktury od bieli i żółci wydm, poprzez szaro-ziemiste krajobrazy do pomarańczowych, bezkresnych żwirów a na czerni całkowitej skał i piasków księżycowo-libijskich skończywszy…

Ten bezmiar i wszechogarniająca, namacalna wręcz nieskończoność…

Wielu pracowników małego pola naftowego na środku Sahary zazdrościło mi swobody związanej z ciągłymi wyjazdami w wydawało by się nudny “teren”. Pewnego pięknego, rodzącego się dopiero i zapowiadającego się na bezchmurne dnia, podszedł do mnie na stołówce wczesnym, jeszcze nocnym rankiem mój kolega Idrys. Złapał za ramię i cicho mówi – “Andrzej – pojedziemy na wycieczkę?” Mnie – jako staremu turyście takich propozycji dwukrotnie nie trzeba powtarzać. Oczywiście – rzekłem. Kiedy? A za chwilę!

Po kilkunastu minutach już siedzieliśmy w nowej, wypasionej Toyocie naszego szefa, który akurat pojechał na urlop. Przypiąłem się mocno pasami – co kolejny raz wzbudziło głośny śmiech Idrysa. Cóż – “oni” się nie przypinali – a mnie życie jednak było miłe. Szczególnie, że kilka tygodni wcześniej zginał w idiotyczny sposób jeden z Anglików. Pędził swoim landrowerem po wydawało by się równej jak stół “plaży” i nagle zarył się w koleinach jakiejś ciężarówki, niewidocznych a przecinających to miejsce. Nie był przypięty pasami – przeleciał przez okno i nabił się na śruby wystające z maski po zostawionej w obozie zapasówce…

Dlatego przypinałem się zawsze, szczególnie że moi kierowcy wyciskali z maszyn ile dała fabryka a zdarzało się pędzić i te 180 kilometrów na godzinę!

Wyruszyliśmy o wschodzącym słońcu na północ od naszego obozu do wysuniętej daleko “placówki”. Początkowo korzystając z wyznaczonych ciężarówkami jadącymi z zaopatrzeniem na południe kolein, potem odbiliśmy trochę w bok gdzie było równiej. Krajobraz zrobił się bardziej płaski, ziemisty piasek przeszedł w ubity żwir. Kierowaliśmy się wzdłuż widocznej daleko linii energetycznej której koniec był celem naszej podróży. Wydawało by się że idealnie płaskie podłoże to wymarzony tor do sprawdzenia możliwości  naszego pojazdu. Ale bezkresne i płaskie otoczenie to tylko iluzja, bo podłoże choć wyrównane wiatrem niczym stół, tworzyło jednak niezauważalne “fale” o bardzo małej amplitudzie. Co przy chyżości większej niż 100 km/h czasem dawało momentami efekt szybowania w powietrzu naszego pojazdu…

Po dwóch a może trzech godzinach naszej szalonej jazdy zobaczyliśmy na horyzoncie słup czarnego dymu znaczącego cel naszej podróży. Niebo było bezchmurne, granatowo-niebieskie. Widoczność wręcz nieograniczona, co przy krystalicznie czystym porannym powietrzu dawało nieprawdopodobny efekt bliskości i namacalności każdego drobnego szczegółu krajobrazu. Obserwując ten wydawało by się jednostajny krajobraz obserwowałem wszystko dookoła, zwracając baczną uwagę na ewentualne przeszkody i koleiny które mogły znaleźć się na naszej drodze. Po prawej, wschodniej stronie, bardzo daleko na horyzoncie dostrzegłem pasmo wysokich żółtych wydm, pięknie złocących się w porannym słońcu.

Natomiast jakby bliżej do nas ale też niezwykle daleko, ujrzałem jakiś występ krajobrazu, nieciągłość, na granicy widoczności, która z każdym pokonywanym kilometrem stawała się wyższa i ciemniejsza niczym czarny stożek wygasłego wulkanu. Na tym płaskim, jednostajnym w swej fakturze i barwie krajobrazie, ten element był jawną kpiną i jakimś surrealistycznym zgrzytem. Zwróciłem Idrysowi na to uwagę – pytając czy to widzi i co to może być. On z uśmiechem od ucha do ucha odpowiedział że to jest Mej-met i że to jest nasz właściwy cel wyprawy. Święte miejsce i cel pielgrzymek ludzi pustyni od czasów niepamiętnych…

Bardzo wzbudził tym moje zainteresowanie…

Ale że jednak byliśmy w pracy, należało się pokazać tam gdzie oficjalnie zmierzaliśmy. Małe pole naftowe, trochę pomp, rurociągów, trochę automatyki, kilka pięknych budynków otoczonych bujną roślinnością. Widać że pracujący tu ludzie wykonują swoją pracę ze spokojem, profesjonalizmem i zadowoleniem tak, że mają jeszcze czas zadbać o swoje najbliższe otoczenie w taki sposób by miejsce pracy przypominało dom-oazę… Brak może takich wygód i udogodnień jak w “naszej” bazie, ale dla kilkunastu dyżurujących tu i mieszkających pracowników oraz dla mnie, okazjonalnego przybysza, to co zobaczyłem, przewyższało komfortem inne, wcześniej poznane a tak gwarne miejsca.

Po bardzo serdecznych powitaniach – Idrys był chyba albo dobrym znajomym a może jakimś krewnym “tamtejszych”, zwiedziliśmy urządzenia techniczne. Odpisałem nastawy urządzeń automatyki – bo oficjalnie w tym celu przybyliśmy. Potem pokazano mi jak zakłada się zawór na pracującym rurociągu z płynącą ropą – o co kiedyś pytałem Idrysa – bardzo było to ciekawe dla mnie,  to wspawywanie specjalnego zaworu na rurociąg i wiercenie poprzez ten zawór otworu w rurociągu!

Później zaproszono nas do przygotowanego jadła – którego ilość była nie do przejedzenia! Akurat był to koniec Ramadanu a dodatkowo chyba mistrzostwa Afryki w piłce nożnej – więc siedząc w kucki na dywanie, obłożeni poduszkami oglądaliśmy mecz, podjadając te różnorodne smakołyki…

A jak mecz się skończył – ja już nie mieściłem w sobie nic więcej z tych frykasów, nawet dokładka ze wspaniałych a ulubionych przeze mnie lodów już nie znajdowała miejsca – widać było że pewnie gospodarze to chyba jakąś sjestę sobie urządzą. Dlatego mimo zaproszenia do kontynuacji świętowania i pokazania nam wygodnego pokoju w którym moglibyśmy się zatrzymać, pożegnaliśmy się serdecznie z niezwykle gościnnymi gospodarzami.

Żegnając się z nami i słysząc od Idrysa gdzie jeszcze jedziemy – rozpromienili się zupełnie i klepiąc mnie serdecznie po plecach, stwierdzili że koniecznie muszę tam być, bo to bardzo ważne, dla nich wręcz “magiczne” miejsce.

Ruszyliśmy, tym razem w kierunku wschodnim, mając za plecami popołudniowe słońce. Kierowaliśmy się na rosnący, coraz wyższy, odcinający się wyraźnie w jednostajnym krajobrazie ciemny stożek. Po jakichś dziesięciu, może dwudziestu kilometrach byliśmy już bardzo blisko tej dziwnej, wyraźnie odcinającej się od otoczenia formacji. Im byliśmy bliżej, tym ta forma geologiczna wydawała się coraz większa. Jednocześnie powstawało jakieś nieodparte, stawiające włosy na grzbiecie wrażenie, nie tylko nienaturalności, ale wręcz jakiejś dziwnej pewności udziału rąk ludzkich w powstaniu tego zjawiska. Przy jeszcze bliższym oglądaniu stożek “podzielił” się na dwie części, z czymś w rodzaju “bramy” w samym środku tego tworu. Przejechaliśmy przez jej środek, niczym przez bramę wjazdową do nieistniejącego wokół średniowiecznego zamku. Przejście było szerokie na jakieś 15-20 metrów, z pionowo wiszącymi nad nami zboczami, wysokimi na jakieś 50, a może 80 metrów. Po przejeździe zawróciliśmy, bo Idrys chciał się popisać i wjechać naszym pojazdem na samą górę, ale po kilkudziesięciu metrach stromizna zrobiła się tak niebezpieczna, że zatrzymał samochód, by łagodnie wycofać się na bardziej płaski teren i zaparkować. Resztę drogi na szczyt odbyliśmy na piechotę. Ze szczytu wyższego z wierzchołków, przedzielonych “bramą”,  roztaczał się zapierający dech w piersiach widok. Widzialność była doskonała, tak dobra, że najdrobniejsze szczegóły było widać wyraziście w jaskrawym, zachodzącym słońcu. Widać było jak na dłoni miejsce skąd właśnie przyjechaliśmy, a także odległe, leżące na samym horyzoncie miejsce naszego porannego wyjazdu, nad którym łagodnie szła do góry, by rozwiać się wysoko, stróżka czarnego dymu z naszej małej rafinerii. Wyglądający z “ziemi” niemal idealnie płaski krajobraz, tutaj uzyskał trzeci wymiar. Wydawał się pofalowany niczym łagodne, zatrzymane w kadrze żwirowe morze. Słońce uwypuklało fakturę i dodawało przestrzenności  krajobrazowi zupełnie płaskiemu z poziomu samochodu. A w zasadzie to było nie morze a ocean – bo dopiero gdzieś daleko, na horyzoncie w kilku jego kierunkach był ten ocean żwiru obramowany bielejącymi lub żółcącymi się w słońcu długimi górami dużo większych, długich piaskowych fal – wyglądającymi niczym zamrożone grzywy jakiegoś odległego, monstrualnego tsunami.

Wspinając się na górę, zaczęło znikać to poprzednie wrażenie udziału w tym dziwnym miejscu ludzkiej ręki. Wszystko pokryte żwirem, szarym piaskiem, spod którego wystawały niczym zbrojenia, ciągnące się żyły i wystające fragmenty skał piaskowca i koralowca. Piaskowiec był bardzo kruchy, niemal rozpadał się w rękach. Pasma i bryły korala były bardziej trwałe i spoiste. Niewątpliwie dawno temu, może milion, może pięć milionów lat wcześniej było to dno morza. Później może i dno jakiegoś jeziora – w końcu jeszcze 10 tysięcy lat temu tereny Sahary były kwitnącą krainą – pełną lasów, pastwisk, rzek i wielkich jezior…

Natomiast zupełną zagadką dla mnie była ta dziwna formacja – najwyraźniej niegdyś podmorska, pokryta skamieniałymi  koralowcami i muszlami  a wypiętrzona nieznaną siłą natury tak wysoko ponad żwirową i niemal idealnie płaską równinę. Bardzo długo siedzieliśmy w milczeniu na szczycie, napawając się widokami i sycąc wzrok tym nieziemskim krajobrazem, który był tak nieodparcie “marsjański”, że gdyby nie ledwo widoczne ślady cywilizacji na horyzoncie, można by mieć jakąś idącą z głębi duszy pewność pobytu na innej zgoła planecie.

W takich to rzadkich chwilach czuje się jak małym pyłkiem jesteśmy, my mieszkający na Ziemi ludzie. I jak piękna potrafi być nasza planeta, nawet a może szczególnie w miejscu pustym, dzikim, nieprzyjaznym i tak mało dotkniętym rękami człowieka…

W końcu chylące się coraz niżej słońce podpowiedziało nam, że jeszcze czeka nas daleka droga do domu, a jazda po nocy może nie być najlepszym pomysłem. Ostatni rzut oka na wszystkie strony świata, schowanie do kieszeni na pamiątkę tej chwili kilku fragmentów prastarych, skamieniałych korali, muszli, kamyków piaskowca i… kilka godzin powrotnej drogi, którą odbyliśmy w milczeniu zupełnym, uśmiechając się do siebie znacząco, kontemplując naszą wspólna wyprawę i jednocześnie tajemnicę wspólnego udziału w czymś co już się nigdy nie powtórzy…

Do domu przywiozłem z tej wyprawy nie tylko tych kilka skał koralowych czy muszli ale i znaleziony koło naszego samochodu fragment skały, który jakoś od razu zwrócił moją uwagę. Bo okruch to dziwny, brązowy, niewątpliwie krzemienny, wypolerowany piaskiem przez wiele tysiącleci. A jednocześnie tak idealnie leżący w dłoni, że gdyby jego koniec był nieco dłuższy i zakończony jakimś elementem ostrza, byłoby to bardzo poręczne a jednocześnie niezwykle groźne narzędzie. Hmmm… Może tak było…

A może to tylko przypadek…

Tags: , , , , , , , , , , , ,

4 komentarze “MEJ MET”

  1. wieczorynka
    26 września 2014 at 21:19

    Artykuł przeczytałam, jednak trudno mi nawiązać do tematu, zwyczajnie brakuje mi wiedzy w przedstawianej dziedzinie.

    • FRINGILLA
      27 września 2014 at 09:30

      Dziękuję za przeczytanie…

      Ale zapoznanie się z opisami krajobrazów nie wymaga specjalnej wiedzy…

      :)))

      Pozdrawiam serdecznie moich czytelników!

      • wieczorynka
        27 września 2014 at 20:50

        Oczywiście, że głównie zainteresował mnie opis krajobrazu (nie chciałam się przyznać), jak chodzi o piaski/wydmy to ja znam je głównie z polskiego wybrzeża i tylko żałuję, że tak niewiele. Pozdrawiam.

  2. wieczorynka
    30 września 2014 at 21:11

    Pamiętam doskonale program w telewizji “Sonda” prowadzony przez panów Kurka i Kamińskiego, oglądałam z dużym zaciekawieniem, to tylko tyle nic więcej nie mówię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up