Go to ...
Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

Obserwator Polityczny on Google+RSS Feed

19 grudnia 2018

Jerlyczek, Mantlyczek, Dailyczek…


Aby wytłumaczyć taki dziwny tytuł, muszę cofnąć się do początku lat osiemdziesiątych, gdy to po szkole podchorążych rezerwy o ciekawej specjalności “obrona cywilna”, odbywałem praktyki w hufcach OHP na południu Polski. O tym bardzo ciekawym SPR-ze oraz o ówczesnych “OHaPach” – może warto kiedyś coś też wspomnieć – dla potomności?

Ale wróćmy do stołówki w tym Hufcu. Jedzenie niezłe, a nawet doskonałe – w przeciwieństwie do tragicznego, niemal głodowego żywienia “wojskowego”… Zupełnie jakby nie obowiązywały kartki na żywność…

A na stołówce – codziennie nowe menu. I razu pewnego czytam sobie stołówkowy program dnia. Czytam, czytam, czytam i za nic nie mogę zrozumieć. Jakiś dziwny język, wyrażenie niezrozumiałe? Oczy czytają ale mózg nie tłumaczy tego na informację…. W końcu pytam panie ze stołówki – co to jest ten “leńszmit”.

No jak to co? Leńszmit!!!!

Dalej tego nie rozumiem – więc Pani kucharka widząc takiego głąba jak ja – odeszła na zaplecze i po chwili podtyka mi pod nos konserwę “Luncheon meat”….

Stąd przewrotny tytuł – który w rzeczy samej mówi o corocznym, comiesięcznym czy nawet codziennym sprawdzaniu różnych elementów technicznych.

Takie sprawdzanie jest konieczne w wielu dziedzinach przemysłu. Sami wiemy że trzeba co jakiś czas skontrolować w swoim aucie czy to ciśnienie w kołach czy tez poziom oleju. “Procedury” postępowania, a przede wszystkim częstotliwość tych kontroli mamy we krwi nieomal…

W przemyśle są do tego określone procedury, które pozwalają na bezawaryjna pracę urządzeń czy całych systemów lub linii produkcyjnych. Częstotliwość kontroli oraz ich zakres wynikają z zaleceń producentów urządzeń oraz doświadczeń użytkownika.

W kraju w którym obecnie trwa od jakiegoś czasu trwa rewolta – po nacjonalizacji przemysłu

w latach 70-tych zachowano system pracy jaki tam istniał uprzednio. Pola naftowe “angielskie”, zachowały styl pracy i procedur brytyjskich. Pola “amerykańskie” z kolei, zachowały amerykański styl pracy. Owszem, wymieniła się dyrekcja na “tubylców” – ale na takich po doktoratach na najlepszych uczelniach amerykańskich i angielskich oraz długiej praktyce w danym przemyśle, zaś średniego szczebla kadra dalej była ta sama czyli Anglicy, Szkoci, Irlandczycy, Amerykanie. A także Polacy, Rumuni, Czesi, Austriacy, Jugosłowianie, Niemcy czy Francuzi…

Kadra najniższa to “mieszanina” kadry miejscowej wymieszana z “kontraktowcami” z różnych krajów…

Na “angielskich” polach naftowych – z jakimi akurat miałem styczność – panowały ściśle przestrzegane procedury sprawdzania wszystkiego – co rok, co miesiąc i co tydzień. Nie było to jakieś uciążliwe – jak widziałem, bez porównania z procedurą jaką spotkałem w jednym z krajów nad Zatoka Perską, gdzie do szału doprowadzał mnie system codziennego wypisywania w kilku egzemplarzach tego co wykonano wczoraj, co będzie zrobione dzisiaj i co zaplanowane jest na jutro. Dopiero zatwierdzenie tego przez dyrekcję – skutkowało przystąpieniem do pracy. Ale oczywiście było to wszystko – planowanie – zupełnie nierealne, bo to ktoś z techników ze strony dyrekcji nie przyszedł do pracy lub miał inne zajęcia, albo ze względów technicznych nie można było uzyskać pozwolenia na pracę w danym miejscu w określonym dniu….

Natomiast to libijskie “czekowanie” – może i sensowne w Anglii, prowadziło do poważnych awarii, bo nie uwzględniało nawyków krajowców…

Wyobraźmy sobie maszynę której sercem był silnik diesla. Angielska procedura mówiła o sprawdzeniu filtra powietrza raz na miesiąc a poziomu oleju raz na tydzień. W efekcie, przy co raz to zmieniającej się obsłudze urządzeń wciąż pokrywa filtru była niedomknięta zaś uszczelka w teoretycznie hermetycznym zamknięciu do szabelki od oleju – po kilku tygodniach była ukręcana i zniszczona. Jeżeli ktoś z kolejnej ekipy “czekistów” nie tylko domknął po poprzednikach ten przysłowiowy filtr lub dokręcił prawidłowo korek, to z jednej strony musiałby mieć czas, chęć, umiejętności i materiał aby pod tym korkiem wymienić uszczelkę.

W efekcie takiego sprawdzania, po paru miesiącach ten wspomniany silnik miał w sobie zawiesinę drobnego pyłu pustynnego w oleju. A kolejna wymiana oleju, zgodnie z procedurą, powiedzmy za pół roku!

Gdyby wykonywano wszystkie czynności – powiedzmy raz na pół roku, nie dotykając żadnych pokryw, korków i innych wrażliwych elementów – przy okazji wymiany oleju, silnik miały o wiele większe szanse na przeżycie!

Z powodu tych procedur, a raczej nieumiejętnego ich wykonywania, brał się z kolei klasyczny “kanibalizm”, gdzie brakującą część zamienną zastępowano częściami które producent załączył do innych urządzeń.

Najczęściej niszczone były drogie i nietypowe elementy zaworów, służące do “produkcji” takich “uszczelek” – jak wspomniana uszczelka przy korku olejowym…

Aby zakończyć felieton – tak jak zacząłem – jakąś anegdotą, czy obserwacją, opiszę jak powinien wyglądać samochód opuszczający obóz.

Oczywiście – powinien mieć benzynę, “w sobie” i w kanistrze, wodę do chłodnicy i dla “ludziny” oraz telefon czy inną radiostację.

Okazuje się że nie zawsze te podstawowe elementy bywały i pojazd gdzieś się gubił, miał awarię i powstawał duży problem.

Chociaż posiadanie tych wszystkich elementów na pokładzie też nie gwarantowało szczęśliwego powrotu z miejsca pracy. Znam przypadek naszych rodaków, których dopadła burza pisakowa i dwa dni stali w niewiadomym miejscu. Na szczęście mieli sprawną krótkofalówkę i można było jakoś ich podtrzymywać na duchu. Na szczęście, po wypogodzeniu się na trzeci dzień okazało się że stali 300 metrów od bramy obozu!

Co jeszcze powinien mieć samochód na pustyni? Ano łopatę oraz puszkę smaru! Łopata służy do wymiany koła – oczywiście jak mamy zapasówkę… A puszka smaru? Domyślcie się!

Tags: , , , , , , , ,

One Response “Jerlyczek, Mantlyczek, Dailyczek…”

  1. wieczorynka
    9 września 2014 at 18:10

    Artykuł przeczytałam, świetny. Nie mogę nawiązać do całości artykułu gdyż nie mam takich doświadczeń.
    Natomiast znalazłam punkt pod który mogę się dopisać:

    Autor: “…Do szału doprowadzał mnie system codziennego wypisywania …tego co wykonano wczoraj, co będzie wykonane dzisiaj i co zaplanowane jest na jutro…”.

    Mam zbliżone doświadczenia, pod koniec lat 90-tych XX w. Otóż w pracy musiałam meldować co pół godziny sms lub e-mail co zrobiłam w tym czasie a na koniec dnia zostawić plan co będę robiła następnego dnia i też meldować,meldować,meldować. Firma o której piszę to instytucja finansowa wkrótce po prywatyzacji a rzecz działa się w III RP.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

More Stories From Ogólna

Scroll Up