Wojskowość

3% PKB na obronność to nadal mało dla armii ale to już próg wytrzymałości dla budżetu

 Z informacji przekazywanych opinii publicznej przez prominentnych polityków partii opozycyjnej będącej w przededniu objęcia władzy w Polsce, wynika że możliwe jest podniesienie wydatków na obronność do 3% PKB. W celu zwiększenia armii zawodowej, budowy systemu Obrony Terytorialnej, dozbrojenia wojska itd.

Bezwzględnie należy stwierdzić, że to bardzo słuszne, potrzebne i ważne dla naszego państwa pomysły, albowiem żyjemy w rzeczywistości turbulentnej i wszystko może się zdarzyć, a w momencie próby – każdy żołnierz, każda jednostka zdolna do prowadzenia działań bojowych będzie na wagę złota lub jeszcze droższa.

Mamy tutaj jednak pewne problemy, czy też może raczej kwestie generalne w odniesieniu do obronności, które trzeba rozważyć, żeby móc świadomie podejmować decyzje, których skutki będą bardzo istotne dla społeczeństwa, bo mówimy o bardzo dużych pieniądzach w skali państwa. Chodzi przede wszystkim o to, żeby był konsensus społeczny i akceptacja obywateli dla zwiększenia wydatków na obronność, jako koniecznego kroku na rzecz zwiększenia generalnego poziomu bezpieczeństwa. Bez tego, to w ogóle nie ma sensu, albowiem jesteśmy biednym krajem i biednym społeczeństwem, jeżeli ludzie mają się poświęcać, to ważne jest żeby mieli pełną świadomość, dlaczego to jest konieczne i jakie będą efekty podejmowanego wysiłku. Tego wymagają od nas standardy społeczeństwa obywatelskiego i w ogóle uczciwość, bo inaczej zabawa w państwo nie ma sensu. Świadomy obywatel odda każdy grosz i jak trzeba – zaryzykuje życie dla obrony Ojczyzny, obywatel oszukany przez państwo w praktyce jest zwolniony z lojalności i poświęcenia. W demokratycznym państwie – to nie są obowiązki – to NAJWYŻSZE ZASZCZYTY.

Na dzień dzisiejszy wydajemy na obronność około 38.387.838 tys. zł [szczegóły: Podstawowe informacje o budżecie resortu obrony narodowej na 2015 r., MON styczeń 2015 PDF tutaj], jest to około 1,95% PKB plus wydatki na sfinansowanie kredytu za samoloty F-16. Nominalnie bez tych wydatków kwota na obronność to około 33 mld zł. Od przyszłego roku będziemy wydawać o około 800 mln zł więcej, co da na obronność około 34 mld zł rocznie stałego budżetu na poziomie 2% PKB. Należy pamiętać, że w budżecie MON znajduje się finansowanie podsystemu emerytalnego żołnierzy, co wynosi około 20% jego wartości (ok. 7,4 mld zł). Wojsko kosztuje i w przeliczeniu na jednego żołnierza wydajemy około 131 tys. USD rocznie, co jest prawie równe średniej europejskich krajów NATO (wszystkie dane źródło j.w.).

Jeżeli dokonalibyśmy zwiększenia poziomu finansowania do 3% PKB, czyli o kolejne mniej więcej 17 mld zł to w efekcie mielibyśmy około 51 mld zł przeznaczane rokrocznie na armię. W zamian za te pieniądze można osiągnąć dwa cele: zwiększyć stany ilościowe żołnierzy zawodowych w armii operacyjnej oraz zbudować Obronę Terytorialną, czyli teoretycznie mieć jeszcze więcej żołnierzy dostępnych na czas „W”. Nie można się łudzić – zwiększenie tempa modernizacji technicznej będzie i przy tym poziomie finansowania bardzo trudne.

Dopiero powyżej 3% PKB moglibyśmy mówić o poważnych możliwościach zbrojeniowych państwa, tj. o kupowaniu znacznych ilości nowoczesnego uzbrojenia, które zmieniłoby jakościowo stan naszej armii w stopniu liczącym się operacyjnie.

Niestety wydatkowanie większych kwot niż 3% PKB może być, podkreślmy może być, – ale nie musi – groźne dla gospodarki narodowej, ponieważ w znacznej ilości byłyby to pieniądze wydawane na zupełnie nieprodukcyjną sferę gospodarki, mające wpływ na jej funkcjonowanie jedynie przez mnożnik środków wydatkowanych przez żołnierzy i krajowe przedsiębiorstwa zbrojeniowe. Być może około3,5% PKB to skrajna granica bezpieczeństwa, tj. obojętności gospodarki na taką skalę wydatków zbrojeniowych. Uwaga niebezpieczne jest przekazywanie znacznych kwot na nieprodukcyjną sferę gospodarki. Ktoś te pieniądze musi zarobić, to znaczy się to, co wydamy na pobory dla żołnierzy i paliwo do samolotów – musi być komuś innemu zabrane. Żołnierze swoje zjedzą, samoloty wylatają, nie pozostanie dla gospodarki z tego nic. Jest stosunkowo łatwiej jak się ma własną walutę i decyduje się na pewien poziom inflacji, przy pomocy, której finansuje się wydatki na zbrojenia – usilnie dbając, żeby jak największą cześć alokować w krajowym obiegu gospodarczym. Pisaliśmy o tym [tutaj], [tutaj] i [tutaj]. Można nawet postawić tezę, że w obliczu zewnętrznego kryzysu, finansowanie zbrojeń kosztem inflacji nie jest złe, a w długim okresie czasu, zwłaszcza w przypadku przetrwania zawieruchy, może okazać się neutralne dla społeczeństwa. Żaden z krajów, który rozkręcił spiralę zbrojeniową w celu prowadzenia wojny – tak naprawdę nigdy nie spłacił swoich długów. Wręcz przeciwnie, to „zwycięskie demokracje”, przez lata po wojnach jeszcze płaciły zaciągane na nie długi. Przykładowo w Wielkiej Brytanii jeszcze niedawno spłacano specjalne obligacje zaciągnięte jeszcze na I-szą Wojnę Światową! My w wyniku resetu państwa w praktyce odrzuciliśmy większość zobowiązań wobec własnych obywateli, przedwojenne polskie obligacje można sobie w klaserach trzymać – to przeważnie bardzo ładne druki skarbowe.

Z naszego punktu widzenia celem najważniejszym w wydatkach na obronę jest a przynajmniej być powinno maksymalne zwiększenie zdolności obronnych państwa – i to w jak najszybszym czasie. Ponieważ na opracowanie broni masowego rażenia i środków jej przenoszenia w Polsce nikt się nie zgodzi, poza tym mogłoby zabraknąć czasu, to w zasadzie jedynym sposobem na optymalizację systemu obrony jest stworzenie stosunkowo tanich jednostek Obrony Terytorialnej. Jednakże tutaj uwaga – to bardzo ważne, możemy opierać ich tworzenie o gminy, samorządy itd. Jednakże liczy się to, jaka miałaby być operacyjna koncepcja użycia tych oddziałów. Jeżeli ktoś mówi o wojnie partyzanckiej, jako o celu, ten ryzykuje rzeź znacznej części społeczeństwa. Lasów już nie ma, a ze względu na termowizję walka w nich dzisiaj to ryzyko śmierci, ukrycie dużych oddziałów jest prawie niemożliwe. Opór w miastach ma w naszym kraju „wspaniałą” tradycję, jednak los Groźnego, czy irackich miast w czasie operacji wojskowych dobitnie wskazuje na to, że partyzantka miejska to także ryzyko rzezi. W tym masowo zgromadzonej w miastach ludności cywilnej. We współczesnej Obronie Terytorialnej nie może, więc o to chodzić, żeby bawić się w partyzantkę i „ostatnie linie oporu”. W starciu z armią operacyjną, takie zabawy nie mają większego sensu, ponieważ nieprzyjaciel może z łatwością takie siły izolować, a następnie pojedynczo niszczyć korzystając z przewagi np. artylerii lub lotnictwa. Generalnie coś takiego jak obrona stacjonarna, liniowa – poza chwilą kontaktu wojsk i np. blokadą manewru przeciwnika to samobójstwo. Nowoczesna wojna nie będzie wyglądać tak, jak wojna domowa na Ukrainie.

Jeżeli myślimy na poważnie o Obronie Terytorialnej to powinny być wojska, zdolne do współdziałania z jednostkami wojsk operacyjnych (zawodowych). Generalnie każda jednostka bojowa powinna mieć swój odpowiednik w Obronie Terytorialnej – drugiego i trzeciego rzutu. Chodzi i o uzupełnienia i o wchodzenie do walki rozwiniętych związków taktycznych mających własne zaplecze i możliwości efektywnego użycia posiadanego uzbrojenia i czynnika ludzkiego zgodnie z wymaganiami pola walki. Naprawdę nie po to wydajemy grube miliardy w informatyzację pola walki, żeby idiotycznie ginąć w okopach. Dlatego nasza Obrona Terytorialna to powinny być oddziały – mobilizujące się w ciągu czasów A, B, C, D – od momentu wydania rozkazu i przekazania informacji, czyli przykładowo w ciągu 24 godzin, 36, 48 i 96. W takim czasie powinny rozwijać się jednostki trzymane wedle różnych stanów skadrowania – w zależności od ich priorytetów mobilizacyjnych. Oczywiście im więcej uda się w ten sposób zmobilizować ludzi tym lepiej, ostatni mogą być rzeczywiście tylko piechotą wyposażoną w karabiny, granatniki i łopaty do kopania okopów na nowej linii rozgraniczenia – rozejmu. Jednak wcześniej potrzebujemy wojska, które będzie w stanie bardzo szybko się zmobilizować i zgodnie z zasadami współczesnej wojny poruszać się – w pełni autonomicznie na polu walki.

Realnie w pierwszej fali mobilizacji powinniśmy móc zmobilizować około 100% stanów etatowych, czyli drugie tyle ile wynosi armia operacyjna – zawodowa, tak żeby od razu powiększyć jej stany osobowe. W drugiej fali mobilizacji już raczej nie pójdą ochotnicy, raczej przeciągnie się ona z 36 godzin do 48, jednak w zależności od sprawności systemu można znowu podwoić posiadany stan. Czyli o ile wcześniej z około 150 tys., żołnierzy zrobilibyśmy 300 tys., to w fazie B – mielibyśmy około 600 tys., żołnierzy łącznie. Ponieważ już byłyby problemy z komunikacją i chaos, trzeba zakładać, że około 30% stanów nie dotarłoby o czasie lub wcale, – czyli z planowanych 300 tys., udałoby się około 200 tys., co realnie w ciągu 48 godzin, jako pół milionowa armia, wcale nie byłoby złym wynikiem. Mniej więcej tyle czasu możemy mieć od wykrycia podwyższonej aktywności potencjalnego przeciwnika do wyjścia jego jednostek z rejonów koncentracji na pozycje wyjściowe i rzutowanie się do ataku. Dlatego przed fazą C można założyć atak, który sparaliżuje kraj. W tym kontekście – każdy, kto dotarłby do swojej jednostki w tym momencie, np. jako spóźniony z fazy C, byłby realnym uzupełnieniem. Realnie byłoby to kolejne około 300 tys. ludzi przez następne dwie lub trzy doby. Faza D, to już byłoby rzeczywiście pospolite ruszenie – formowanie oddziałów potrzebnych w zabezpieczeniu chaosu, ewentualnie wejściu do walki w ramach ostateczności.

Oczywiście fazy można ponawiać, cały czas prowadząc zaciąg. Potrzeba do tego odpowiednio przygotowanej logistyki, umożliwiającej uzbrojenie ludzi i wyekwipowanie a później transport w rejon, gdzie będą najbardziej potrzebni. Realnie, jeżeli w ciągu 7 dni od wydania rozkazu zmobilizowalibyśmy milion ludzi, to byłby dobry wynik. Jeżeli jednak myślimy o obronie na poważnie, to w tym samym czasie ten wynik powinien być trzy razy lepszy. Oczywiście równolegle do jednostek OT potrzebne są formacje Obrony Cywilnej, które zwłaszcza w miastach przejęłyby na siebie zapewnienie porządku i organizację społeczeństwa na czas W.

Powyższe jest realne, wymaga jednak ćwiczeń, ćwiczeń i logistyki. Do tego potrzeba pieniędzy. Nawet, jeżeli poprzestalibyśmy na celu, jakim jest milion rekrutów – to i tak, zmieniłoby naszą sytuację pod względem bezpieczeństwa, ponieważ milionowa armia, a taką jesteśmy w stanie bez problemu uzbroić i utrzymać przez jakiś czas, to już jest pewna siła, dla której pokonania potrzeba również stosunkowo dużego potencjału. Realnie przeciwnik, jeżeli chciałby w ataku wejść w nasze terytorium jak w masło, powinien mieć przewagę, co najmniej 3-5 krotną, a w miejscach przełamania, co najmniej 7-krotną. Jednak pokonanie armii, która walczy na własnym ternie, o wcześniej przygotowane pozycje, korzystając z systemu rezerw, posiadającej zapasy materiałowe – nawet przy słabości lotnictwa i z uwzględnieniem użycia taktycznej broni jądrowej – nie jest takie proste. Wszystko tak naprawdę zależy od determinacji i możliwości sprzętowo-ludzkich. Nieprzyjaciel nie ma szans na poważne zaskoczenie, co więcej nieprzyjaciel musi się spodziewać, że napotka na przeciwnika, który ma pełną świadomość, że będzie walczył, jako strona słabsza technologicznie i ilościowo w sprzęcie i ludziach. Jednakże rozstrzyganie tych spraw zostawmy fachowcom.

Dla nas liczy się to, żeby wydatki na Obronę Terytorialną nie „zjadały” wydatków na armię operacyjną (zawodową). Ponieważ to samo w sobie byłoby zaprzeczeniem całej idei armii wspierającej wojsko profesjonalne – przygotowane do prowadzenia nowoczesnej wojny.

Jesteśmy w sytuacji turbulentnej, nie wiadomo, co się może wydarzyć. Trzeba się przygotować i nastawić, że kolejne 20-30 lat, to mogą być czasy, kiedy lepiej jest mieć przygotowaną obronę na wyższym poziomie od potencjalnego, niż jej nie mieć. Właśnie, dlatego wydatkowanie środków na poziomie 3% PKB jest jak najbardziej uzasadnione. Być może – trzeba się nawet zdecydować na 3,5% PKB w lepszych latach dla budżetu. W ostateczności, jeżeli pojawiłyby się stany nieustalone, zdolne do zagrożenia naszym granicom, trzeba się zdecydować na inflacyjne zbrojenia. Istotnym elementem planowanego systemu powinny być szkolenia wojskowe dzieci i młodzieży (survivalowe wspomnienia są warte zmoknięcia pod namiotem) oraz uzbrojenie społeczeństwa, tj. zmiana filozofii podejścia do broni w kraju. Jeżeli do tego wszystkiego, udałoby się jeszcze zagwarantować krajowe pochodzenie dominującej części sprzętu wojskowego kupowanego za tak duże wyrzeczenie się społeczeństwa, to mogłoby to mieć nawet sens rozwojowy.

Ważne jest, żeby nikogo do niczego nie zmuszać. Powrót do przymusowego poboru jest niemożliwy, poza tym nie ma sensu. Każdy, kto nie chciałby uczestniczyć w ćwiczeniach i brać na siebie cząstki współodpowiedzialności – powinien po prostu płacić większe podatki. Każdy, to znaczy kobiety także, ponieważ o czym trzeba pamiętać, mamy równouprawnienie, a w oddziałach Obrony Cywilnej czekają na nie liczne zadania związane z całym szeregiem spraw. Kto się nie zgłosi, kto nie będzie chciał uczestniczyć – powinien płacić (z wyjątkiem uzasadnionych przypadków, gdy ktoś nie może pełnić służby z powodów zdrowotnych).

Reasumując, ponieważ wydatki na obronność nie są nieistotne dla budżetu i dla gospodarki, ekonomiści powinni ocenić – na ile zwiększenie poziomu wydatków na obronność do 3, a potem do 3,5% PKB, osłabiłoby nasz wzrost gospodarczy – w formie skumulowanych „strat” w okresie kolejnych 5-cio i 10-cio latek. Powinniśmy zachować taki poziom wydatków na obronność, który byłby, co najwyżej lekko opresyjny dla gospodarki, tak żeby nie tłumić wzrostu o więcej niż np. 1% PKB, ponieważ przekroczenie zdefiniowanego progu może spowodować – spadek realnych nakładów w kolejnych latach lub inflację i spadek realnych nakładów w okresie badanych 5-cio lub 10-cio latek. Zresztą inflacja jest nie do uniknięcia na szerszą skalę, przynajmniej do póki nie wzrośnie efektywność naszej gospodarki.

Zaproponowany schemat, powinien w znaczącym stopniu przyczynić się do zniechęcenia każdego przeciwnika do ataku na Polskę, ale nie zabezpiecza nas przed stanami nieustalonymi np. atakiem ze strony czynników poza państwowych, ale dysponujących określonym potencjałem na określonym terytorium.

Alternatywnie wobec koncepcji rozwijania masowej Obrony Terytorialnej, prawdopodobnie dla nas optymalnym byłby poziom 1% populacji w armii zawodowej tj. około 360 tys. Na tym poziomie dobrze wyszkolonej i zaopatrzonej armii, powinniśmy być w stanie osiągnąć wysoki stopień odporności na zagrożenia. To również jest możliwa koncepcja, praktycznie o wiele łatwiejsza do realizacji – poprzez rozwój armii zawodowej. Trzeba pamiętać, że nawet w takim wypadku, stworzenie rezerw nam nie zaszkodzi. Warto o tym pomyśleć, bo ze względu na robotyzację pola walki, starcie nieprzeszkolonych rekrutów z różnego rodzaju robotami bojowymi, czy to autonomicznymi, czy też sterowanymi przez zawodowych żołnierzy – może być barierą nie do przezwyciężenia już na płaszczyźnie psychologicznej. Uzawodowienie w znacznym stopniu wyłącza ten czynnik, nie można o tym zapominać. W kwestii obronności najważniejsza jest skuteczność, – dlatego trzeba dobrze przemyśleć, co się zamierza zrobić, bo zawsze przygotowujemy się do wojen, które już były. Obecna opozycja prawdopodobnie jest silnie zapatrzona w konflikt wojny domowej na Ukrainie oraz to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Szanowni państwo – po raz kolejny – konflikt pełnoskalowy pomiędzy Polską a jednym z głównych kierunków naszych lęków i zagrożeń, nie będzie wyglądał ani tak, jak wojna domowa na Ukrainie, ani obecne działania na Bliskim Wschodzie. Intensywność, prędkość, skala i siła uderzenia przeciwnika będzie taka, że aby ją wytrzymać, to trzeba mieć naprawdę dobrze przygotowane struktury. Mówimy o zupełnie odmiennej charakterystyce zagrożeń. Proszę nie dać się zbałamucić głupim politykom, jeżeli nasi generałowie, świeżo w stanie spoczynku mówili niedawno o kilku dniach realnego oporu przeciwko wojskom Rosji i Białorusi, na głównych kierunkach potencjalnego natarcia, to proszę mieć świadomość skali zagrożenia i jego nazwijmy to intensywności. Przygotowania do wojny z termonuklearnym supermocarstwem, to nie są żarty, co więcej to nie jest coś, co można sobie po prostu ustalić w ramach rozmów koalicyjnych, przy kształtowaniu gabinetu cieni. To naprawdę będzie coś zupełnie innego, zwłaszcza że w przypadku wojny z tymi krajami, należy wliczyć prawdopodobieństwo użycia taktycznej broni jądrowej. Bądźmy realistami, pragmatycznie zakładajmy najczarniejszy scenariusz – na niego się przygotowujmy.

Alternatywą jest ZMIANA polityki, ale to wymaga nazwijmy to – szerszych horyzontów i samodzielności polityków, a z tym mieliśmy, mamy i chyba będziemy mieli w kraju problem. Chyba nawet duży problem sądząc po tym, kto może nami rządzić. Miejmy więc nadzieję, że Berlin będzie miał do nas baaaaaaardzo duuuuuuuużo cierpliwości, a na Kremlu naszym sprawom będzie towarzyszyć zawsze dużo dobrego poczucia humoru przed podejmowaniem ostatecznych decyzji.

10 komentarzy

  1. Armia zawodowa w ilości 380 tys, to jest coś na co nas stać wielkim wysiłkiem, ale to najlepsze rozwiązanie

  2. Koncepcja jak koncepcja wiele już podobnych tu czytałem. Ważne jest to że 100 tys. armia to śmiech na sali. Jesteśmy zbyt dużym krajem na tak szczupłe wojsko.

  3. Przeczytałem felieton z dużym zaciekawieniem. Patrzyłem na mapę naszego kraju, płaskiego, równego pozbawionych przeszkód terenowych. No zupełnie jak wygodny pomost do przespacerowania się po nim. Chińczycy o całej Europie mówią, że to taki mały, niewydarzony wyrostek. Zatem zgadzam się z przemyśleniami autora, jednak bezwarunkowo tylko z tym zawartym w ostatnim akapicie rozpoczynającym się od słowa: “Alternatywą…”
    Pozdrawiam

  4. Wielka Polska Katolicka

    Jestem w szoku, że głos kremla w Polsce napisał taki artykuł! Znaczy się wrogowie mają dokładnie rozpracowane nasze słabości?

    • “Taki” – czyli jaki? Dlaczego,zaraz widzisz wroga??
      Czy na pewno jesteś pewny zachowań “przyjaciół”?
      Może “przytrafić się” się w sytuacji kryzysowej,iż
      urojony przez ciebie wróg – okaże się przyjacielem,
      gdyż – “prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

    • MIELI,MAJĄ I MIEĆ BEDĄ …

  5. Lepsza duża armia zawodowa wspierana przez OT taką, jaka nam wyjdzie – rzeczywiście formacje lekkie na ciężarówkach i terenówkach z kałaszami do okopywania się lub pilnowania zaplecza. Dzisiejsze pole walki to jedna wielka elektronika, bez odpowiednich narzędzie w ogóle nie ma po co na nie wchodzić. Zwykły kałąch to już mało.

  6. Tak naprawdę to klucz z OT tkwi w braku jego usytuowania, wobec 97 000 urzędników w mundurach, czyli obecnym WP.

    Zakładając wzrost wydatków do 2,5%, czyli o jakieś 7 mld zł – to pozwoliłby zwiększyć WP o 70 – 80 000 ludzi w obecnym “WYDANIU” lub ze 120 – 150 000 w “niestałych” siłach OT, np. służących 4-6 miesięcy w roku w dwóch turach po 60 – 80 000 ludzi.

    Musiałoby to być sprzężone z elastycznością zatrudnienia. Tylko kto na to pójdzie, aby np. 2 dwóch ludzi było zatrudnionych na jednym stanowisku w firmie.

    Musiałyby być ulgi dla pracodawcy.

    Czyli to jest realne.

    I dopiero z tych “rotacyjnych” sił OT (np. całe bataliony) można by wyłaniać najlepszych, jako kandydatów do sił regularnych, tych obecnych 97 000 urzędników w mundurach.

    A obecnych urzędników w mundurach – powoli, rotacyjnie – zwalniać.

    To musiałoby trwać z 10 lat, jak i dochodzenie do pułapu wydatków 2,5 % PKB.

    Nagłych skoków budżet nie zniesie.

    Zróbmy eksperyment: 2 rzuty po 5000 – 6000 żołnierzy do przeszkolenia już w przyszłym roku.

    To jest realne i wykonalne, wykorzystując obecnych “urzędników w mundurach” jako instruktorów.

    Nie wszyscy są do zwolnienia …

    Artykuł inspirujący, skoro się tak rozpisałem …

  7. intrygujący tok rozumowania, najpierw autor zachwala OT i pieje z zachwytu jak jej potrzebujemy, a potem robi z nas wszystkich małe dziewczynki pokazując, że to czego na prawde potrzeba to zawodowa armia z prawdziwego zdarzenia

  8. Dzień Dobry
    Czy autor i komentatorzy mają pojęcie jak jest obecnie liczony PKB? Jakie elementy związane z różnymi “dziedzinami” życia są do niego włączone? Mam pewność że nie. PKB to mit jak Minotaur. Nikt nie zastanawia się zupełnie dlaczego PKB nie może być ujemny. Można sobie nawet 50% zapisać ale jedyne do czego się to przyczyni to całkowity upadek Rzeczypospolitej jako Państwa, Tej Rzeczypospolitej którą tym PKB chcą wszyscy bronić. Koszmar politycznej nędzy mentalnej i intelektualnej.
    W realnym świecie operuje się na wartościach realnych. Przy chorych finansach Państwa w którym budżet w kategoriach liczb bezwzględnych nie zapina się od lat a optymistycznym wariant zakłada 55 mld pln deficytu przy długu publicznym wynoszącym 1 bln z dużą górką, rzucanie jakiś tam procentów jest w zasadzie urojeniami po “procentach”.
    Nie neguje potrzeby obronności Ojczyzny i w wielu artykułach tutaj w możliwie przystępny sposób starałem się nakreślić możliwe kierunki dla Państwa o takim położeniu geograficznym i geopolitycznym. Powtarzać się więc nie będę, przynajmniej nie teraz.
    Autor słusznie wspomina o udziale różnych czynników w tych procentach na obronność. Bacząc na niedoskonałość (łagodnie mówiąc) obecnego systemu dowolnie zadeklarowana wartość i wynikająca z niej kwota pieniędzy zostanie rozdysponowana w pierwszej kolejności na rzeczy które w żaden sposób nie podnoszą zdolności obronnych czy jakości w uzbrojeniu.
    W całych tych smutnych rozważaniach wciąż pomija się (co by nie posądzać o zapominanie czy celowe unikanie) przygotowanie, wolę walki i wolę przetrwania. Obronność, Wojna to nie jest coś dla ludzi starych to raz. To nie jest coś dla ludzi głupich to dwa. Nie jest to też coś dla ludzi bez tożsamości to trzy.
    Nie jesteśmy przygotowani (prócz bałwochwalczej propagandy), nie mam woli walki czy przetrwania. Coraz częściej nieco szerzej rozumiana prostytucja jest dominującym trendem w życiu. Nie ma moralnych dylematów. Honor, Rodzinę, Ojczyznę każdy jest gotów sprzedać za trzydzieści srebrników wynagrodzenia na jakimś zmywaku w jednym z krajów który mimo deklaracji za każdym razem robił nas “w balona”. Idąc dalej analogią, jak dom publiczny się pali to wszyscy uciekają a nie go bronią, i dalej: ja wolę zainwestować w szkołę niż w burdel.
    Jak wygląda struktura społeczna wiem i mam nadzieję że większość wie. Ja wygląda poziom wiedzy, czy edukacji również. O tożsamości (ludzi młodych) nie ma nawet co pisać bo oni są (jak twierdzą) “europejczykami” cokolwiek to znaczy bo poza kontynentem Europa byt taki jak “europa” nigdzie poza nią samą nie istnieje (formalnie).
    Pytanie jest więc kim chcemy się bronić a nie czym i za co, a nawet przed kim. Kto ma nas bronić? Jakieś mityczne “procenty”? Większości trudno zdefiniować nawet czego trzeba bronić. Jak już potrzeba rzeczy prostych, prostych myśli to polecam do rozmyślań słowa kard. Stefana Wyszyńskiego: “Naród bez dziejów, bez historii, bez przeszłości, staje się wkrótce narodem bez ziemi, narodem bezdomnym, bez przyszłości. Naród, który nie wierzy w wielkość, i nie chce ludzi wielkich, kończy się.”.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.